WALKA Z NOWOTWORAMI

dane statystyczne niewiele dla nas znaczą... fakty są jednak bezlitosne.... z pośród 26,5 tys. osób z naszego osiedla zachoruje na nowotwory 6,6 tys. a 5,3 tys. z tego powodu umrze... część spośród nas może uniknąć tej choroby... jak to uczynić... o tym wkrótce...


Nie umierajmy na raka!

Codziennie o chorobie nowotworowej dowiaduje się 300 Polaków, codziennie umiera 220. Obie liczby rosną i będą rosnąć. Na świecie rak staje się schorzeniem przewlekłym, u nas pozostaje śmiertelnym. W Stanach aż 62 proc. pacjentów udaje się wyleczyć, w UE - połowę., w Polsce - 25-30 proc.

Z każdych czterech Polaków, którzy zachorują na raka, trzech umrze. Tymczasem w Stanach aż 62 proc. chorych przeżywa kluczowe pięć lat od momentu wykrycia nowotworu.

Rak przestaje być chorobą śmiertelną i staje się schorzeniem przewlekłym, dającym się leczyć, a w wielu wypadkach wyleczyć. Jednak w Polsce udaje się uratować ledwie około 30 tys. pacjentów spośród 110 tys., którzy co roku zapadają na nowotwór. Dlaczego dzieje się tak w kraju, który ma wspaniałą, tradycję leczenia nowotworów (to w Warszawie w 1932 r. z inicjatywy Marii Curie-Skłodowskiej powstał jeden z pierwszych na świecie instytutów leczących chorych na raka), w kraju, który zbudował nowoczesną sieć centrów onkologii, który wprowadził jako jeden z pierwszych w Europie rejestr zachorowań na nowotwory? Jedną z podstawowych przyczyn dzisiejszych złych statystyk jest dramatyczny brak pieniędzy. Ale nie tylko. Kto więc jest winny? Winni są lekarze, cały system ochrony zdrowia. Ale winni jesteśmy także my sami. W USA we wczesnej fazie raka do lekarza trafia 80 proc. chorych, u nas 20 proc.!

Winni są pacjenci

W wielu przypadkach winę za zachorowania ponoszą sami pacjenci. Zdaniem onkologów lista naszych grzechów jest długa:

palimy, ile wlezie (papierosy są przyczyną co trzeciego nowotworu, zwiększają ryzyko zachorowania na raka płuca prostaty, pęcherza moczowego i trzustki);

pijemy mocny alkohol (wyższe ryzyko raka jamy ustnej);

zmieniamy partnerów seksualnych (większe prawdopodobieństwo raka szyjki macicy);

jemy tłusto (co może prowadzić do raka jelita, odbytu i trzustki)

nie uprawiamy ćwiczeń fizycznych (co zmniejsza ogólną odporność, także na nowotwory).

Efekt? Polska jest absolutnym zaściankiem Europy, jeśli chodzi o raka szyjki macicy. Od lat wiadomo, że po to, by wykryć tę chorobę w łatwo wyleczalnym stadium, wystarczy raz na trzy lata zrobić sobie cytologię. Ale ponieważ nasz kraj do tej pory nie dorobił się systemu badań profilaktycznych w kierunku raka szyjki, a same kobiety o to nie dbają, znaczny odsetek spośród 4,3 tys. pacjentek, u których stwierdza się co roku ten nowotwór, umiera.

- W Klinice Nowotworów Kobiecych Narządów Płciowych w warszawskim Centrum Onkologii ponad 60 proc. łóżek zajmują chore w zaawansowanym stadium raka szyjki - mówi szef kliniki doc. Mariusz Bidziński. - W Europie jest ich góra 15 proc. Gorszą statystykę od nas ma tylko Albania.

Najwyraźniej z większym nabożeństwem dbamy o samochody niż o własne organizmy. Pilnujemy gwarancyjnych przeglądów naszych fiatów i fordów, sami zaś nie znosimy badać się "na zapas". - Dlaczego pani nie zgłosiła się z tym wcześniej? - opowiada doc. Bidziński o swej rozmowie z pacjentką, która skarżyła się na nietypowe krwawienia z dróg rodnych. - Padła standardowa odpowiedź: - Bo zawsze miałam nieregularne miesiączki.

Uporczywy kaszel? Toż to zwykłe zapalenie oskrzeli - tłumaczymy sobie sami. A że nie przechodzi? Kiedyś przejdzie. Otóż rak nie przechodzi. Jest chorobą w 100 proc. nieodwracalną, która nie leczona ZAWSZE kończy się źle.

Z badań prof. Marka Pawlickiego wynika, że w Polsce 50 proc. chorych zgłasza się do lekarza średnio aż po 5,5 miesiąca od zauważenia pierwszych objawów choroby. Dlaczego?

Bo mają "ważniejsze sprawy na głowie".

Bo nie wiedzą, że do onkologa nawet w dobie reformy zdrowia wciąż nie potrzeba skierowania.

Bo "nie lubią stać w kolejkach".

No i dlatego, bo... śmiertelnie się boją. Boją się diagnozy, która jest dla nich jednoznaczna z wyrokiem śmierci.

- Polacy wciąż żyją w przeświadczeniu, że rak to wyrok - mówi dr Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii. Do ludzi nie dociera, że wiele nowotworów leczy się dziś znacznie skuteczniej niż niektóre choroby internistyczne, neurologiczne czy geriatryczne. Ale jest jeden warunek - nie wolno zwlekać z terapią.

Prof. Pawlicki w książeczce "Rak. Postęp i bariery" (alfa-medica press, 1999 r.) podkreśla też, że z powodu irracjonalnego lęku ludzie nie tylko nie trafiają w porę do lekarza, ale również potem, po właściwie postawionym rozpoznaniu i zaproponowanym leczeniu, rezygnują z terapii "bo i tak nic nie pomoże, a tylko się nacierpię".

"W maju 1998 roku 18-letnia chora, jedyna córka pracownika parkingu samochodowego, której z powodu ziarnicy zaproponowano skojarzone leczenie napromienianiem i cytostatykami, za namową znachorki odmówiła leczenia i zaczęła przeprowadzać sześciotygodniową głodówkę. Zmarła w czwartym tygodniu głodzenia się na niewydolność nerek. Jej szansa na trwałe wyleczenie wahała się między 70 a 90 proc.".

Inny fragment tej samej książeczki: „Do dziś pamiętamy 18-letnią dziewczynę z ziarnicą złośliwą, którą rodzice zabrali z Instytutu, bo inny lekarz prywatnie zgodził się ją leczyć »bezboleśnie « pierwiastkami śladowymi. Dziewczynę umierającą przywieziono do Kliniki po kilkutygodniowym »leczeniu «. W parę godzin po przyjęciu zmarła”.

Winni są lekarze

Lekarze też ponoszą część winy. Wszystko zaczyna się od niewłaściwego szkolenia na studiach. Onkologii poświęca się - w zależności od uczelni - góra 15-20 godz. nauki. Uczy się też nie tego, co najbardziej potrzebne. Koncentruje się raczej na technikach naświetlania i sposobach wykonywania skomplikowanych operacji niż na praktycznych wiadomościach, jak rozpoznawać wczesne objawy raka. Tymczasem wyleczalność nowotworów zależy mniej od poziomu przodujących instytutów naukowych (gdzie trafiają pacjenci już zdiagnozowani), a bardziej od szybkiego rozpoznania, a więc od lekarzy pierwszego kontaktu - twierdzi prof. Pawlicki. Źródła angielskie podają, że ogólnopraktykujący lekarz spotyka się rocznie z dziesięcioma nowymi przypadkami raka, które to właśnie on powinien rozpoznać. I to od niego zależy, czy z owych dziesięciu chorych uda się wyleczyć trzy osoby, czy siedem.

Wyłowienie spośród setek pacjentów tych, u których rozwija się rak, wymaga wiedzy i czujności. Np. w grupie 500 chorych, którzy skarżą się na bóle kręgosłupa, zaledwie u jednego-dwóch są one sygnałem choroby nowotworowej - podaje Pawlicki.

- Z drugiej strony lekarze pierwszego kontaktu często miesiącami wypisują środki przeciwbólowe albo wysyłają na rehabilitację, zamiast zlecić proste badanie rentgenowskie, by jak najszybciej wykluczyć tę najgorszą ewentualność - mówi dr Meder. I dodaje: - Spotykam nadal pacjentki, które zgłaszają się do nas po długim leczeniu przeciwbólowym z powodu przerzutów do kości, a tymczasem gołym okiem widać u nich guzy w piersiach. Tych pacjentek nikt przez parę miesięcy nie rozebrał i nie zbadał. To efekt lekceważenia elementarnej zasady, jaką wpajano mi na studiach: po pierwsze, rozbierz pacjenta i zbadaj go. Znacznie wygodniej jest wypisać receptę pod dyktando pacjenta, niż skontrolować piersi czy włożyć palec w odbytnicę.

W Polsce połowa pacjentów, zanim trafi do ośrodka specjalistycznego, leczona jest zachowawczo bez ustalenia rozpoznania przez ok. 5 miesięcy - pisze prof. Pawlicki. To okres, który w przypadku raka szyjki macicy decyduje o przejściu nowotworu ze stadium I do III, a więc szansa na wyleczenie maleje z 90 do 20 proc. a w przypadku raka płuc z 60 do 2-3 proc.

Podsumujmy. Pięć miesięcy opóźnienia z winy pacjenta i pięć z winy lekarza. Razem dziesięć miesięcy. Rezultat? Zaawansowany nowotwór, który leczy się już bardzo trudno i drogo, zaś szanse wyleczenia są znacznie mniejsze niż na początku.

Kolejnym grzechem lekarzy jest to, że kiedy nawet w porę dojdzie do postawienia właściwej diagnozy, do leczenia często bierze się nie ten, kto powinien. Lekarze niespecjaliści nie chcą wypuszczać pacjenta onkologicznego z rąk, gdyż w ten sposób ich placówka traci finansowo. - Taka strategia obraca się naturalnie przeciwko pacjentom, bo w onkologii o życiu chorego decyduje właściwe zaplanowanie leczenia na samym wstępie - tłumaczy dr Meder.

Klasycznym przykładem jest rak jajnika. W Polsce notuje się ok. 3 tys. przypadków tego nowotworu rocznie. - Niestety, tylko część kobiet trafia od razu do wyspecjalizowanych oddziałów ginekologiczno-onkologicznych - opowiada doc. Bidziński. - Reszta, przynajmniej początkowo, leczona jest przez ginekologów, a nawet przez chirurgów ogólnych. Tymczasem bywa tak, że chirurg ogranicza się wyłącznie do rozkrojenia brzucha, stwierdzenia, że jest rak, i zaszycia z powrotem. Ginekolog idzie o krok dalej - wycina nowotwór. - Ale to za mało - podkreśla Bidziński. - Trzeba jeszcze niejednokrotnie usunąć okoliczne węzły chłonne i wyciąć fragment jelita, a to już wyższa szkoła jazdy. Efekt? Pacjentki, które z miejsca trafią do ginekologa-onkologa, mają dwukrotnie większe szanse na przeżycie. Z kobiet leczonych od razu w Centrum Onkologii w Warszawie po pięciu latach od postawienia diagnozy żyje połowa. W skali całego kraju - zaledwie 25 proc.

- Wie pan, ile pacjentek chorych na raka jajnika było w Polsce w 2000 roku operowanych zgodnie ze standardami światowymi? - podsumowuje doc. Bidziński. - 2 proc.!

Winna zła organizacja

Na temat fatalnej organizacji naszego leczenia onkologicznego można by napisać sążnisty tekst. Ograniczę się do dwóch przykładów.

Rok 1999. Początek reformy zdrowia. - Mówiono nam: "Pieniądz idzie za pacjentem" - opowiada dr Janusz Meder. - No to zaczęliśmy w warszawskim Centrum Onkologii harować do nocy z nadzieją, że pieniądze, które zarobimy, umożliwią uruchomienie dodatkowej zmiany albo odłożenie czegoś na amortyzację sprzętu. Po roku usłyszeliśmy, że dostaniemy zwrot kosztów tylko za część pacjentów, bo są limity. Efekt? Centrum do dziś nie może uruchomić drugiej zmiany, w przychodniach kłębią się tłumy, aparatura do naświetlań ledwo dyszy.

Druga sprawa to efekt mojego tekstu. Z Chicago napisałem, że niezwykle skutecznym lekiem na (rzadkie) nowotwory podścieliskowe układu pokarmowego, w skrócie GIST, okazał się Glivec. Problem w tym, że system refundacji tego leku jest w proszku.

Według doc. Włodzimierza Ruki, szefa Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich i Kości warszawskiego Centrum Onkologii, w Polsce jest ok. 300 chorych na GIST, z czego leczenia Glivekiem wymaga ok. 140. Lek kosztujący 8000 zł miesięcznie dostaje tylko niespełna 90 pacjentów.

Dr Mirosław Manicki, pełniący do niedawna obowiązki prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia (rozmowę z nim odbyłem przed powołaniem nowego prezesa NFZ Macieja Tokarczyka), obarcza winą lekarzy, którzy nie zawiadomili w porę o szykujących się wydatkach. - Pisaliśmy wielokrotnie do Ministerstwa Zdrowia, do dyrektorów kas chorych i wreszcie do szefów oddziałów Narodowego Funduszu Zdrowia - oponuje doc. Ruka.

Spośród 16 oddziałów Funduszu część wyskrobała pieniądze, natomiast co najmniej cztery nie udzieliły ani jednej zgody na refundację. W efekcie jeśli ktoś miał nieszczęście zachorować na GIST i być i mieszkańcem Sosnowca albo Wrocławia, leku nie dostaje, jeśli zaś mieszka w stolicy, szanse na terapię ma spore.

- Gdybyśmy choć mieli jasne wytyczne - mówi dr Piotr Rutkowski z warszawskiego Centrum Onkologii. - Lek jest drogi, nie stać nas na leczenie wszystkich pacjentów, zaostrzamy kryteria i leczymy część. Może najmłodszych? Najlepiej rokujących? Ale wytycznych jak nie było, tak nie ma. Pełne desinteressment ze strony urzędników NFZ.

Czy Polskę stać na leczenie wszystkich chorych na GIST? - pytam dr. Manickiego.

Nie umierajmy na raka!  (3)

W uzasadnionych przypadkach tak. To dlaczego oddziały odmawiają pieniędzy? - Bo wyczerpały limity na ten rok i nie mają rezerw. Miejmy nadzieję, że nowo powołany prezes Tokarczyk rozwiąże problem kilkunastu pacjentów z GIST wyrzuconych poza nawias. I że uczyni to, zanim chorzy ci jeszcze bardziej popsują nam statystyki nowotworowe.

Zmieńcie co możecie

Nie zmienicie Państwo ani lekarzy, ani systemu, możecie jednak porzucić swoją głupią niefrasobliwość. A więc: męczcie lekarzy, jeśli nie mają ochoty porządnie was badać, nie bagatelizujcie nawet drobnych objawów, dobijajcie się do onkologa w razie podejrzeń. I nie sięgajcie po medycynę niekonwencjonalną, akurat na nowotwór nie pomoże. I jeszcze: postarajcie się zachować optymizm. Pomoże w walce o życie.

Sygnały, które mogą wskazywać na raka:

1. Zgrubienia tkanek - guzki.
2. Niegojące się owrzodzenia.
3. Krwawienia (niefizjologiczne) z otworów naturalnych.
4. Nieprawidłowe wydzielanie i wydalanie (upławy, zaparcia itp.)
5. Chrypka, trudności w połykaniu, bóle.
6. Zmiany koloru i wzrost znamion i brodawek.
7. Zmiany w normalnym funkcjonowaniu przewodu pokarmowego.

(Sławomir Zagórski - Gazeta Wyborcza z 20-07-2003 r.)


Pierwsze testy szczepionki na raka są obiecujące

Pierwsza uniwersalna szczepionka na raka przechodzi właśnie pierwszą fazę badań klinicznych. Ustalono dotąd, że jest ona bezpieczna dla pacjentów, a wstępne wyniki badań sugerują, że może ona rzeczywiście skutecznie działać. Szczepionkę opracowała kalifornijska firma Geron Corp. Miała ona przedstawić wyniki pierwszej fazy badań klinicznych podczas konferencji American Association of Cancer Research w Toronto, jednak spotkanie odwołano ze względu na obawy związane z epidemią SARS. Według informacji udostępnionych przez Geron, wstępne wyniki badań wskazują, że pomysł na zidentyfikowanie i niszczenie komórek nowotworowych przez organizm pacjenta okazał się skuteczny.

Specjaliści Geronu, jako cechę charakterystyczną komórek nowotworowych wybrali enzym o nazwie telomeraza. Zdrowy organizm wytwarza telomerazę wyłącznie w okresie życia płodowego. Enzym ten chroni telomery - swego rodzaju liczniki kopiowania DNA. Za każdym razem, gdy łańcuch DNA rozplata się, aby dokonać samopowielenia, telomery nieznacznie się skracają, a kiedy są już bardzo krótkie, uniemożliwiają kolejne powielanie. Telomeraza potrafi w początkowym okresie życia zapobiegać skracaniu telomerów. Później znika.

Może się ona pojawić ponownie, ale w związku z powstaniem choroby nowotworowej. To właśnie komórki rakowe mają ten przywilej, aby dzielić się w sposób niemal nieograniczony. Według Geronu, telomerazę wykryto w ponad 80 proc. przypadków chorób nowotworowych. "Ponieważ telomeraza jest obecna w większości komórek nowotworowych, jest naszą wielką szansą na sporządzenie uniwersalnej szczepionki na raka oraz leczenie różnego rodzaju guzów nowotworowych" - oświadczył szef Geronu dr Thomas Okama.

Układ odpornościowy pacjenta trzeba zatem "nauczyć" rozpoznawać telomerazę, aby zniszczyć komórki nowotworowe. Organizm pacjenta sam poradzi sobie wtedy z niemal każdą chorobą nowotworową - uważają specjaliści Geronu. Według informacji firmy, powiodło się właśnie takie "uzbrojenie" organizmu przeciw komórkom rakowym.

Dotąd przeprowadzono jedynie tzw. pierwszą fazę badań klinicznych. Jej celem jest wyłącznie sprawdzenie, czy taka indywidualna szczepionka jest bezpieczna. Jej skuteczność oraz porównanie z już istniejącymi metodami leczenia nowotworów będzie przedmiotem kolejnych badań. Wyniki dotyczące skuteczności uzyskane podczas pierwszej fazy badań należy zatem traktować jedynie orientacyjnie.

(Reuters)


"Trzy lata temu w lutym miał miejsce szczyt onkologów w Paryżu z udziałem m.in. prezydenta Francji i prezydenta UNESCO. Wystosowano wtedy apel do wszystkich przywódców krajów świata o przyjęcie narodowych programów walki z rakiem. Stało się tak, ponieważ dane przedstawiane przez WHO i Unię Przeciwrakową są alarmujące. Prognoza mówi, że rak będzie głównym zabójcą ludzi w XXI wieku. Już teraz jest drugi - po schorzeniach kardiologicznych. Obecnie rocznie choruje dziesięć milionów ludzi, a sześć milionów umiera. Prognoza na następne 20 lat to podwojenie tych liczb. W Polsce wyniki leczenia są o połowę gorsze niż w Europie i USA. Przy dobrej diagnostyce i leczeniu można osiągnąć ok. 50 proc. wyleczeń niezależnie od stopnia zaawansowania choroby (w przypadkach wczesnego wykrycia nawet 80 - 90 proc.). W Polsce osiągamy jedynie 25 - 30 proc. wyleczeń.

(...) Dla większości ludzi diagnoza: nowotwór, brzmi jak wyrok śmierci. Lekarze zapewniają jednak, że większość nowotworów wcześnie wykrytych da się wyleczyć. Czy statystyka wyników leczenia rzeczywiście daje podstawy do optymizmu?

Oczywiście, tym bardziej że wczesne rozpoznawanie można realizować za pomocą bardzo prostych badań. Dam kilka przykładów. Po ukończeniu 18. roku życia kobieta powinna wykonywać raz do roku badanie ginekologiczne i cytologię, które są bezpłatne. Badania są tak proste, iż fakt, że kobiety umierają na raka szyjki macicy, to po prostu wstyd. Podobnie w przypadku raka piersi. Każda kobieta po 50. powinna mieć możliwość wykonania mammografii i USG. Wcześnie wykryty rak piersi daje szanse wyleczenia powyżej 80 proc., pod warunkiem zastosowania leczenia kompleksowego - czyli chirurgicznego, radioterapii i chemioterapii.

W przypadku raka jelita grubego - każdy po ukończeniu 50 lat życia powinien przechodzić kolonoskopię, czyli wziernikowanie w celu "wyłapania" polipów mogących być stanem przedrakowym. Ich wycięcie chroni przed rakiem jelita grubego. Kolejnym przykładem jest czerniak złośliwy. Podejrzana powinna być każda zmiana barwnikowa skóry, która się powiększa, zmienia barwę, krwawi, lub zmiany w miejscach, gdzie mogą być drażnione. Samo usunięcie tych znamion może uchronić przed czerniakiem. Już na podstawie takiej wyliczanki można wskazać, że możemy walczyć, jeśli będziemy mieli możliwość skorzystania z nowoczesnej i szybkiej diagnozy.

(...) Szybka diagnoza i nowoczesne metody leczenia - czy polski pacjent może na nie liczyć?

Na wdrożenie programów wczesnego wykrywania raka przeznaczanych jest za mało środków finansowych. Ludzie, nawet jeżeli są świadomi zagrożeń, nie mają dostępu do badań w takiej skali jak jest to potrzebne. Brak również pieniędzy na sfinansowanie procedur po tym, jak nowotwór zostanie wykryty. Na zabieg operacyjny czeka się w kolejce nawet 2 - 3 miesiące, a czasem i dłużej. Według naszych danych, tylko ok. 60 proc. pacjentów kwalifikowanych do radioterapii naprawdę z niej korzysta. 40 proc. ludzi traci zatem szansę na leczenie radioterapią tylko z powodu braku aparatów.

(...) Jednym z założeń Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych jest wprowadzanie najnowocześniejszych metod leczenia. Oznacza to jednak ogromne koszty - czy Polskę na to stać?

Trzy kursy nowoczesnej chemioterapii to koszt samochodu. Niektórzy pacjenci wymagają nawet dziewięciu kursów - to ponad 100 tys. złotych. Jeżeli to pomnożymy przez liczbę potrzebujących, robi się duża suma pieniędzy. Jeden aparat do nowoczesnej radioterapii megawoltowej to wydatek rzędu miliona dolarów. Bunkier do ustawienia takiego aparatu - drugie tyle. W Polsce pracuje ok. 65 aparatów tego typu, jedna trzecia wymaga natychmiastowej wymiany. Ale po to, aby zaspokoić wszystkie potrzeby pacjentów, potrzeba aż 150 aparatów.

Według naszych założeń, aby Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych mógł być realizowany, potrzeba rocznie 200 mln złotych. Choć to suma duża i tak nie pokryje wszystkich potrzeb. Żadnego kraju zresztą na to nie stać. Ale spowoduje to już znaczący postęp i zrealizowanie podstawowych potrzeb chorych. Program przewidziany jest na 10 lat i zakłada osiągnięcie poziomu wyleczeń na poziomie 50 proc. Zmieni również strukturę wykrywalności - wcześniej zidentyfikowane choroby są tańsze w leczeniu niż stany zaawansowane. Dlatego uważamy, że warto zainwestować 200 mln zł rocznie, bo każdy dzień zwłoki powoduje wzrost kosztów. Jeżeli nie będzie lobbingu całego społeczeństwa na rzecz wdrożenia tego programu, na leczenie będzie stać tylko najbogatszych lub najbardziej ustosunkowanych.

(...) Jakie działania podejmuje Polska Unia Onkologii?

Polska Unia Onkologii powstała jeszcze przed ustanowieniem Światowego Dnia Walki z Rakiem. Naszym podstawowym celem jest doprowadzenie do realizacji narodowego programu. Nie czekając jednak na wsparcie państwowe, staramy się propagować postawy prozdrowotne - praktycznie nie ma miesiąca, aby coś nie działo się pod auspicjami PUO."

(Piotr Kościelniak. Rzeczpospolita Nr  29  z 04.02.03)


"Wzrost zachorowań na nowotwory w Polsce wyprzedza przyrost ludności kraju - alarmują specjaliści Polskiej Unii Onkologii. W wielu rozwiniętych krajach - również w Unii Europejskiej - skuteczność walki z nowotworami złośliwymi uważana jest za wskaźnik postępu cywilizacyjnego.

Co czwarty Polak zachoruje na raka, a co piąty z tego powodu umrze - dane statystyczne rysują pesymistyczny obraz stanu polskiej onkologii. Wzrost liczby zachorowań na nowotwory złośliwe należy do najwyższych w Europie. W Polsce w roku 1963 zanotowano ok. 34 tys. zgonów, w 1996 roku - ponad 78 tys. W połowie lat 90. zgłoszono aż 108 tys. nowych zachorowań, obniżył się również średni wiek pacjentów.

U mężczyzn najczęściej rejestrowano zachorowania na nowotwory złośliwe płuca (29 proc.), okrężnicy i odbytnicy (17,7 proc.), żołądka (7 proc.), gruczołu krokowego (5 proc.), pęcherza moczowego (5 proc.) i krtani (5 proc.). U kobiet w tym samym roku najczęściej rejestrowano nowotwory złośliwe piersi (19 proc.), okrężnicy i odbytnicy (11,2 proc.), szyjki macicy (8 proc.), płuca (8 proc.), jajnika (6 proc.) i trzonu macicy (6 proc.) (dane Polskiej Unii Onkologii).

W naszym kraju wyleczenie lub przeżycie okresu dłuższego niż pięć lat uzyskuje się u mniej niż 30 proc. chorych na nowotwory. Tymczasem w Europie Zachodniej wskaźnik wyleczeń to 40 proc., a w Stanach Zjednoczonych nawet 50 proc. Zdaniem ekspertów najważniejszą przyczyną złej sytuacji w Polsce jest słaba wykrywalność nowotworów złośliwych w okresie, gdy można je najskuteczniej leczyć, czyli we wczesnym stadium choroby. Nowoczesne techniki diagnozowania pozwalają na rozpoznawanie niemal 75 proc. przypadków raka jeszcze przed powstaniem przerzutów. W takich wypadkach u połowy chorych możliwe jest przeprowadzenie interwencji chirurgicznej, a następnie radioterapii oraz chemioterapii. Jak przyznają specjaliści z Polskiej Unii Onkologii, w przypadkach z przerzutami odległymi, bez względu zastosowaną metodę, wyleczenie jest bardzo trudne. U takich pacjentów lekarze mogą jednak łagodzić i spowalniać postęp choroby.

Właśnie wczesne rozpoznawanie umożliwiające znaczącą poprawę wyników leczenia to jeden z najważniejszych celów Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych, promowanego przez polskich specjalistów-onkologów. Program, który ma być finansowany z budżetu państwa oraz przez organizacje pozarządowe, zakłada uzyskanie wyników leczenia zbliżonych do europejskich w ciągu 10 lat. Lepsze diagnozowanie ma wpłynąć m.in. na ograniczenie wzrostu zachorowań, zwłaszcza wśród osób w wieku 45-65 lat, w którym rak jest przyczyną zgonu niemal 40 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn.

Lekarze chcą również modernizacji i uzupełnienia aparatury wykorzystywanej do radioterapii oraz wprowadzenia najnowszych metod leczenia farmakologicznego. Nowoczesność jest jednak bardzo kosztowna - miesięczna terapia jednym z najnowszych preparatów do leczenia przewlekłej białaczki szpikowej oraz guzów układu pokarmowego (tzw. GIST) o nazwie Glivec to suma ponad 10 tys. zł na jednego pacjenta.

Nie wszystkie postulaty programu łączą się z ogromnymi kosztami. Walczyć z rakiem możemy sami. Specjaliści chcą m.in. upowszechnienia prozdrowotnych zachowań. Najwięcej uwagi poświęca się czynnikom, na które sami mamy wpływ, czyli ograniczeniu palenia papierosów oraz zdrowemu, racjonalnemu odżywianiu i unikaniu nadmiernego spożycia alkoholu. Niewłaściwa dieta, narażenie na czynniki rakotwórcze, a także niektóre infekcje wirusowe odpowiadają za pojawienie się ok. połowy wszystkich zachorowań na raka. Predyspozycje genetyczne to jedynie 10-20 proc. wszystkich przypadków."

(Piotr Kościelniak. Rzeczpospolita Nr   29  z 04.02.03)


Cierpienie zabija. Nie tylko w potocznych powiedzeniach, ale w rzeczywistości. Negatywne myśli i złe emocje fatalnie wpływają na stan zdrowia człowieka. Żeby wyzdrowieć, nawet z najcięższej choroby, trzeba najpierw przekonać siebie samego, że warto. I że to możliwe.

Carl Simonton, amerykański onkolog i radioterapeuta, po latach pracy stwierdził, że wielu chorych na nowotwory nie korzysta z dostępnych terapii. Powód jest banalny. Chorzy są załamani, stracili nadzieję, nie wierzą, że cokolwiek im pomoże, skazali się już na śmierć. Zaczął zgłębiać problem i uznał, że w procesie zdrowienia psychiczny stan chorego jest bardzo ważny. Opracował metodę wspierania chorych z nowotworami za pomocą technik psychoterapeutycznych, w Santa Barbara założył instytut. Pierwsze wyniki swoich badań opublikował na początku lat 80. Były zaskakujące. Okazało się, że dzięki szczególnej psychoterapii można przedłużyć życie pacjentów nawet dwukrotnie! Jednak środowisko medyczne odrzuciło te doniesienia, bezpardonowo atakując Simontona za brak profesjonalizmu. W kolejnych latach skuteczność jego metody była sprawdzana przez dwa niezależne instytuty badawcze. Oba stwierdziły to samo. Chory nie tylko dłużej żyje, ale i jakość jego życia znacznie się poprawia. Zwiększa się także ilość wyleczeń.

Zmienić przekonania

- Dziś już nie bardzo wypada atakować tezy, że stan umysłu wpływa na nasze zdrowie – mówi dr Mariusz Wirga, jedyny polski lekarz pracujący w Instytucie Simontona. - Jest to oczywiste, potwierdzone naukowo. Lekarze już wiedzą na pewno, że przewlekły stres działa na fizyczną stronę organizmu, wiele chorób ma udokumentowane podłoże psychosomatyczne. Dr Wirga pracował jako onkolog i patolog w Poznaniu. Teoriami Simontona zainteresował się dlatego, że – robiąc biopsje - na co dzień miał do czynienia z pacjentami w fatalnym stanie psychicznym. Zastanawiał się, jak można im pomóc. Zafascynowany książką Simontona „Triumf życia”, w rezultacie wyjechał z Polski i został pracownikiem jego instytutu. - W skrócie mówiąc, program Simontona to sposób radzenia sobie ze stresami życia – wyjaśnia dr Wirga. - Podstawą metody jest praca z ludzkimi przekonaniami, zwłaszcza tymi negatywnymi. „Nie mogę wyzdrowieć” – to jedno z częstszych przekonań chorego, zwłaszcza na tak ciężką chorobę, jaką jest nowotwór. Według teorii Simontona, takie przekonanie naprawdę przeszkadza w procesie zdrowienia. Nigdy nie wyzdrowieje ktoś, kto sądzi, że wkrótce umrze. Ludzie z negatywnym myśleniem odczuwają też więcej skutków ubocznych wszelkich terapii. Takie myślenie należy więc zmienić na inne. Pacjent ma uznać, że jednak może być zdrowy i dzięki temu uruchomić siły swojego organizmu do walki z chorobą. Terapeuta pracuje z nim, wpływając na wyobraźnię. - Praca z wyobraźnią to najstarszy znany ludzkości sposób leczniczy – mówi dr Wirga. - Świadczą o tym malowidła skalne, które powstawały po to, żeby skierować umysł we właściwym kierunku. Ich tematem są sceny z polowań, rytuały lecznicze i związane z płodnością. Pierwsze zapisy na temat wykorzystywania wyobraźni w medycynie pochodzą ze starożytnej Grecji. Lekarze radzili, by wyobrażać sobie swoją chorobę jako uleczalną, bo tylko wtedy nasz organizm może ją pokonać.

O lepszą jakość życia

W Instytucie Simontona nie stosuje się psychoanalizy. Nie chodzi o to, żeby drążyć, dlaczego człowiek zatruwa się negatywnymi emocjami, jaki jest tego powód. Ważniejsze od przyczyn są fakty, pobudzenie siły umysłu i energii. Terapii poddają się także bliscy pacjenta. To bardzo ważny element programu Simontona, bo przecież chory nie jest sam w swoim nieszczęściu, dotyka ono także jego otoczenie. Samo wyzdrowienie nie jest jednak celem terapii. Program skupia się na jakości życia, a czasem też na przygotowaniu do śmierci. Śmierć przecież nie zawsze jest porażką, czasem bywa wręcz pożądana. Wrocławskie Stowarzyszenie Wspierania Rozwoju Osób Niepełnosprawnych założyło pierwszą w świecie grupę terapeutyczną, stosującą metodę Simontona nie dla chorych na nowotwory. Chorzy na stwardnienie rozsiane (SM) z powodzeniem uczą się ćwiczyć umysł do walki z chorobą, także uważaną za nieuleczalną. - Nie trzeba tu było tworzyć jakiegoś specjalnego programu – jest przekonany dr Wirga. - Ten program nadaje się znakomicie do SM , bez konieczności adaptacji. Tak samo, jak może się przydać ludziom zdrowym. Jakość życia to przecież wartość uniwersalna.

Więcej niż leki

- Lekarz zapisuje choremu tabletki i na ogół na tym kończy się leczenie – mówi Teresa Marek. - Przez chorobę wypada się ze wszystkich ról społecznych – dodaje Lidia Bit. Teresa Marek jest chora na stwardnienie rozsiane. Lidia Bit to psycholog. Razem napisały program: „Jak żyć z SM?” i realizują go w ramach swojego Stowarzyszenia Wspierania Rozwoju Osób Niepełnosprawnych. Założenia są proste. Chorych trzeba wesprzeć na różnych życiowych frontach. Badania naukowe dowodzą niezbicie, że w procesie zdrowienia same leki stanowią o powodzeniu tylko w 10 proc. Pozostałe 90 proc. to cała pozamedyczna reszta. Czyli: psychika chorego i środowisko, w jakim przebywa. Harmonia w tych sferach jest nie do przecenienia. Potrzebny jest kompleksowy system wspomagania leczenia.

Świat wali się na głowę

- Tymczasem najczęściej wygląda to tak, że dostajemy leki i zostajemy sami ze swoim wyrokiem – Teresa Marek doświadczyła tego na własnej skórze. - A na głowę spada nam nie tylko problem z własnym zdrowiem. Ja, na przykład, przez chorobę straciłam pracę. Od swojego szefa usłyszałam, że jestem niepełnowartościowym pracownikiem, więc trzeba mnie zwolnić. Fizycznym dolegliwościom często towarzyszy psychiczny dyskomfort. Depresja jest jednym z elementów chorób przewlekłych.

Kobietom gorzej

W najgorszej sytuacji są chore kobiety. - W naszej partrialchalnej kulturze kobiecie przypisuje się rolę opiekunki – mówi Lidia Bit. - Jeśli więc zachoruje mąż, obowiązkiem żony jest się nim opiekować. W drugą stronę to nie działa. Chore żony są bardzo często porzucane przez swoich małżonków, co wcale nie spotyka się ze społecznym potępieniem. „Nie dał sobie rady” – tłumaczymy takie postępowanie – „Nie wytrzymał psychicznie”. Wówczas pacjentka musi walczyć nie tylko ze swoją chorobą, ale z samotnością i odrzuceniem. A w dodatku najczęściej ma jeszcze dzieci, którymi trzeba się zająć. Wali się praca, wali się dom. I jak można w takiej sytuacji żyć normalnie? To niezmiernie trudne. Bez solidnego systemu wsparcia jest to praktycznie niemożliwe. Program „Jak żyć z SM?” powstał właśnie po to, żeby człowiek znalazł w sobie siłę do samorealizacji, mimo medycznego wyroku.

Normalnie żyć

Niepełnosprawny fizycznie może być aktywny, nie musi się zapadać w swoją chorobę, skazywać na społeczny niebyt. To sprawa nie tylko psychologii, ale też funkcjonowania w środowisku. Pomocy wymagają bliscy chorego. Rodzina różnie reaguje. Odwraca się, odrzuca, ale też bywa nadopiekuńcza, wyręcza go we wszystkim. To także nie jest dobre. Co gorsza, na ogół zawodzi także komunikacja z otoczeniem. Chory nie ujawnia, czego tak naprawdę chce, a rodzina także milczy na temat swoich potrzeb. Niewiele się o tym słyszy, zwłaszcza w Polsce, ale poważnym problemem jest kondycja dzieci chorych ludzi. Jakże często to właśnie najmłodsi muszą wejść w zbyt dorosłe dla nich role, które je przerastają i obciążają. - Najważniejsze jest to, żeby chory człowiek nauczył się być podmiotem, a nie przedmiotem w różnego rodzaju relacjach – mówi psycholog. - Również w relacjach z lekarzem czy rehabilitantem. Tego wszystkiego można się nauczyć.

 

Program „Jak żyć z SM?” obejmuje następujące zajęcia:
- Spotkania grupy wsparcia dla chorych na SM i ich rodzin – czwartki, godz.17-19, Biblioteka Ikara, Bulwar Ikara 29.
- Otwarte spotkania edukacyjne – każdy drugi czwartek miesiąca, godz. 17-19, Biblioteka Ikara
- Terapia ruchowa Tai Chi dla niepełnosprawnych (także na wózkach) – wtorki, godz. 12-14, klub Feniks'all, ul. Drzewieckiego 59
- Rehabilitacja ruchowa PNF – środy, godz. 12-14, klub Fenis'all
- Poradnictwo psychologiczne – poniedziałki, godz. 14-16, ul. Lotnicza 37
- Terapia psychologiczna metodą Simontona

(Alicja Giedroyć. Cudowna siła wyobraźni   ....  Nr z  27 czerwca 2003r.)