|
|
WALKA Z NOWOTWORAMIdane statystyczne niewiele dla nas znaczą... fakty są jednak bezlitosne.... z pośród 26,5 tys. osób z naszego osiedla zachoruje na nowotwory 6,6 tys. a 5,3 tys. z tego powodu umrze... część spośród nas może uniknąć tej choroby... jak to uczynić... o tym wkrótce... Nie umierajmy na raka!Codziennie o chorobie nowotworowej dowiaduje się 300 Polaków,
codziennie umiera 220. Obie liczby rosną i będą rosnąć. Na świecie rak staje się
schorzeniem przewlekłym, u nas pozostaje śmiertelnym. W Stanach aż 62 proc.
pacjentów udaje się wyleczyć, w UE - połowę., w Polsce - 25-30 proc. Winni są pacjenci "W maju 1998 roku 18-letnia chora, jedyna córka pracownika
parkingu samochodowego, której z powodu ziarnicy zaproponowano skojarzone
leczenie napromienianiem i cytostatykami, za namową znachorki odmówiła leczenia
i zaczęła przeprowadzać sześciotygodniową głodówkę. Zmarła w czwartym tygodniu
głodzenia się na niewydolność nerek. Jej szansa na trwałe wyleczenie wahała się
między 70 a 90 proc.". Wyłowienie spośród setek pacjentów tych, u których rozwija
się rak, wymaga wiedzy i czujności. Np. w grupie 500 chorych, którzy skarżą się
na bóle kręgosłupa, zaledwie u jednego-dwóch są one sygnałem choroby
nowotworowej - podaje Pawlicki. Nie umierajmy na raka! (3) W uzasadnionych przypadkach tak. To dlaczego oddziały
odmawiają pieniędzy? - Bo wyczerpały limity na ten rok i nie mają rezerw. Miejmy
nadzieję, że nowo powołany prezes Tokarczyk rozwiąże problem kilkunastu
pacjentów z GIST wyrzuconych poza nawias. I że uczyni to, zanim chorzy ci
jeszcze bardziej popsują nam statystyki nowotworowe. (Sławomir Zagórski - Gazeta Wyborcza z 20-07-2003 r.) Pierwsze testy szczepionki na raka są obiecującePierwsza uniwersalna szczepionka na raka przechodzi właśnie pierwszą fazę badań klinicznych. Ustalono dotąd, że jest ona bezpieczna dla pacjentów, a wstępne wyniki badań sugerują, że może ona rzeczywiście skutecznie działać. Szczepionkę opracowała kalifornijska firma Geron Corp. Miała ona przedstawić wyniki pierwszej fazy badań klinicznych podczas konferencji American Association of Cancer Research w Toronto, jednak spotkanie odwołano ze względu na obawy związane z epidemią SARS. Według informacji udostępnionych przez Geron, wstępne wyniki badań wskazują, że pomysł na zidentyfikowanie i niszczenie komórek nowotworowych przez organizm pacjenta okazał się skuteczny. Specjaliści Geronu, jako cechę charakterystyczną komórek nowotworowych wybrali enzym o nazwie telomeraza. Zdrowy organizm wytwarza telomerazę wyłącznie w okresie życia płodowego. Enzym ten chroni telomery - swego rodzaju liczniki kopiowania DNA. Za każdym razem, gdy łańcuch DNA rozplata się, aby dokonać samopowielenia, telomery nieznacznie się skracają, a kiedy są już bardzo krótkie, uniemożliwiają kolejne powielanie. Telomeraza potrafi w początkowym okresie życia zapobiegać skracaniu telomerów. Później znika. Może się ona pojawić ponownie, ale w związku z powstaniem choroby nowotworowej. To właśnie komórki rakowe mają ten przywilej, aby dzielić się w sposób niemal nieograniczony. Według Geronu, telomerazę wykryto w ponad 80 proc. przypadków chorób nowotworowych. "Ponieważ telomeraza jest obecna w większości komórek nowotworowych, jest naszą wielką szansą na sporządzenie uniwersalnej szczepionki na raka oraz leczenie różnego rodzaju guzów nowotworowych" - oświadczył szef Geronu dr Thomas Okama. Układ odpornościowy pacjenta trzeba zatem "nauczyć" rozpoznawać telomerazę, aby zniszczyć komórki nowotworowe. Organizm pacjenta sam poradzi sobie wtedy z niemal każdą chorobą nowotworową - uważają specjaliści Geronu. Według informacji firmy, powiodło się właśnie takie "uzbrojenie" organizmu przeciw komórkom rakowym. Dotąd przeprowadzono jedynie tzw. pierwszą fazę badań klinicznych. Jej celem jest wyłącznie sprawdzenie, czy taka indywidualna szczepionka jest bezpieczna. Jej skuteczność oraz porównanie z już istniejącymi metodami leczenia nowotworów będzie przedmiotem kolejnych badań. Wyniki dotyczące skuteczności uzyskane podczas pierwszej fazy badań należy zatem traktować jedynie orientacyjnie. (Reuters) "Trzy lata temu w lutym miał miejsce szczyt onkologów w Paryżu z udziałem m.in. prezydenta Francji i prezydenta UNESCO. Wystosowano wtedy apel do wszystkich przywódców krajów świata o przyjęcie narodowych programów walki z rakiem. Stało się tak, ponieważ dane przedstawiane przez WHO i Unię Przeciwrakową są alarmujące. Prognoza mówi, że rak będzie głównym zabójcą ludzi w XXI wieku. Już teraz jest drugi - po schorzeniach kardiologicznych. Obecnie rocznie choruje dziesięć milionów ludzi, a sześć milionów umiera. Prognoza na następne 20 lat to podwojenie tych liczb. W Polsce wyniki leczenia są o połowę gorsze niż w Europie i USA. Przy dobrej diagnostyce i leczeniu można osiągnąć ok. 50 proc. wyleczeń niezależnie od stopnia zaawansowania choroby (w przypadkach wczesnego wykrycia nawet 80 - 90 proc.). W Polsce osiągamy jedynie 25 - 30 proc. wyleczeń. (...) Dla większości ludzi diagnoza: nowotwór, brzmi jak wyrok śmierci. Lekarze zapewniają jednak, że większość nowotworów wcześnie wykrytych da się wyleczyć. Czy statystyka wyników leczenia rzeczywiście daje podstawy do optymizmu? Oczywiście, tym bardziej że wczesne rozpoznawanie można realizować za pomocą bardzo prostych badań. Dam kilka przykładów. Po ukończeniu 18. roku życia kobieta powinna wykonywać raz do roku badanie ginekologiczne i cytologię, które są bezpłatne. Badania są tak proste, iż fakt, że kobiety umierają na raka szyjki macicy, to po prostu wstyd. Podobnie w przypadku raka piersi. Każda kobieta po 50. powinna mieć możliwość wykonania mammografii i USG. Wcześnie wykryty rak piersi daje szanse wyleczenia powyżej 80 proc., pod warunkiem zastosowania leczenia kompleksowego - czyli chirurgicznego, radioterapii i chemioterapii. W przypadku raka jelita grubego - każdy po ukończeniu 50 lat życia powinien przechodzić kolonoskopię, czyli wziernikowanie w celu "wyłapania" polipów mogących być stanem przedrakowym. Ich wycięcie chroni przed rakiem jelita grubego. Kolejnym przykładem jest czerniak złośliwy. Podejrzana powinna być każda zmiana barwnikowa skóry, która się powiększa, zmienia barwę, krwawi, lub zmiany w miejscach, gdzie mogą być drażnione. Samo usunięcie tych znamion może uchronić przed czerniakiem. Już na podstawie takiej wyliczanki można wskazać, że możemy walczyć, jeśli będziemy mieli możliwość skorzystania z nowoczesnej i szybkiej diagnozy. (...) Szybka diagnoza i nowoczesne metody leczenia - czy polski pacjent może na nie liczyć? Na wdrożenie programów wczesnego wykrywania raka przeznaczanych jest za mało środków finansowych. Ludzie, nawet jeżeli są świadomi zagrożeń, nie mają dostępu do badań w takiej skali jak jest to potrzebne. Brak również pieniędzy na sfinansowanie procedur po tym, jak nowotwór zostanie wykryty. Na zabieg operacyjny czeka się w kolejce nawet 2 - 3 miesiące, a czasem i dłużej. Według naszych danych, tylko ok. 60 proc. pacjentów kwalifikowanych do radioterapii naprawdę z niej korzysta. 40 proc. ludzi traci zatem szansę na leczenie radioterapią tylko z powodu braku aparatów. (...) Jednym z założeń Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych jest wprowadzanie najnowocześniejszych metod leczenia. Oznacza to jednak ogromne koszty - czy Polskę na to stać? Trzy kursy nowoczesnej chemioterapii to koszt samochodu. Niektórzy pacjenci wymagają nawet dziewięciu kursów - to ponad 100 tys. złotych. Jeżeli to pomnożymy przez liczbę potrzebujących, robi się duża suma pieniędzy. Jeden aparat do nowoczesnej radioterapii megawoltowej to wydatek rzędu miliona dolarów. Bunkier do ustawienia takiego aparatu - drugie tyle. W Polsce pracuje ok. 65 aparatów tego typu, jedna trzecia wymaga natychmiastowej wymiany. Ale po to, aby zaspokoić wszystkie potrzeby pacjentów, potrzeba aż 150 aparatów. Według naszych założeń, aby Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych mógł być realizowany, potrzeba rocznie 200 mln złotych. Choć to suma duża i tak nie pokryje wszystkich potrzeb. Żadnego kraju zresztą na to nie stać. Ale spowoduje to już znaczący postęp i zrealizowanie podstawowych potrzeb chorych. Program przewidziany jest na 10 lat i zakłada osiągnięcie poziomu wyleczeń na poziomie 50 proc. Zmieni również strukturę wykrywalności - wcześniej zidentyfikowane choroby są tańsze w leczeniu niż stany zaawansowane. Dlatego uważamy, że warto zainwestować 200 mln zł rocznie, bo każdy dzień zwłoki powoduje wzrost kosztów. Jeżeli nie będzie lobbingu całego społeczeństwa na rzecz wdrożenia tego programu, na leczenie będzie stać tylko najbogatszych lub najbardziej ustosunkowanych. (...) Jakie działania podejmuje Polska Unia Onkologii? Polska Unia Onkologii powstała jeszcze przed ustanowieniem Światowego Dnia Walki z Rakiem. Naszym podstawowym celem jest doprowadzenie do realizacji narodowego programu. Nie czekając jednak na wsparcie państwowe, staramy się propagować postawy prozdrowotne - praktycznie nie ma miesiąca, aby coś nie działo się pod auspicjami PUO." (Piotr Kościelniak. Rzeczpospolita Nr 29 z 04.02.03) "Wzrost zachorowań na nowotwory w Polsce wyprzedza przyrost ludności kraju - alarmują specjaliści Polskiej Unii Onkologii. W wielu rozwiniętych krajach - również w Unii Europejskiej - skuteczność walki z nowotworami złośliwymi uważana jest za wskaźnik postępu cywilizacyjnego. Co czwarty Polak zachoruje na raka, a co piąty z tego powodu umrze - dane statystyczne rysują pesymistyczny obraz stanu polskiej onkologii. Wzrost liczby zachorowań na nowotwory złośliwe należy do najwyższych w Europie. W Polsce w roku 1963 zanotowano ok. 34 tys. zgonów, w 1996 roku - ponad 78 tys. W połowie lat 90. zgłoszono aż 108 tys. nowych zachorowań, obniżył się również średni wiek pacjentów. U mężczyzn najczęściej rejestrowano zachorowania na nowotwory złośliwe płuca (29 proc.), okrężnicy i odbytnicy (17,7 proc.), żołądka (7 proc.), gruczołu krokowego (5 proc.), pęcherza moczowego (5 proc.) i krtani (5 proc.). U kobiet w tym samym roku najczęściej rejestrowano nowotwory złośliwe piersi (19 proc.), okrężnicy i odbytnicy (11,2 proc.), szyjki macicy (8 proc.), płuca (8 proc.), jajnika (6 proc.) i trzonu macicy (6 proc.) (dane Polskiej Unii Onkologii). W naszym kraju wyleczenie lub przeżycie okresu dłuższego niż pięć lat uzyskuje się u mniej niż 30 proc. chorych na nowotwory. Tymczasem w Europie Zachodniej wskaźnik wyleczeń to 40 proc., a w Stanach Zjednoczonych nawet 50 proc. Zdaniem ekspertów najważniejszą przyczyną złej sytuacji w Polsce jest słaba wykrywalność nowotworów złośliwych w okresie, gdy można je najskuteczniej leczyć, czyli we wczesnym stadium choroby. Nowoczesne techniki diagnozowania pozwalają na rozpoznawanie niemal 75 proc. przypadków raka jeszcze przed powstaniem przerzutów. W takich wypadkach u połowy chorych możliwe jest przeprowadzenie interwencji chirurgicznej, a następnie radioterapii oraz chemioterapii. Jak przyznają specjaliści z Polskiej Unii Onkologii, w przypadkach z przerzutami odległymi, bez względu zastosowaną metodę, wyleczenie jest bardzo trudne. U takich pacjentów lekarze mogą jednak łagodzić i spowalniać postęp choroby. Właśnie wczesne rozpoznawanie umożliwiające znaczącą poprawę wyników leczenia to jeden z najważniejszych celów Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych, promowanego przez polskich specjalistów-onkologów. Program, który ma być finansowany z budżetu państwa oraz przez organizacje pozarządowe, zakłada uzyskanie wyników leczenia zbliżonych do europejskich w ciągu 10 lat. Lepsze diagnozowanie ma wpłynąć m.in. na ograniczenie wzrostu zachorowań, zwłaszcza wśród osób w wieku 45-65 lat, w którym rak jest przyczyną zgonu niemal 40 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn. Lekarze chcą również modernizacji i uzupełnienia aparatury wykorzystywanej do radioterapii oraz wprowadzenia najnowszych metod leczenia farmakologicznego. Nowoczesność jest jednak bardzo kosztowna - miesięczna terapia jednym z najnowszych preparatów do leczenia przewlekłej białaczki szpikowej oraz guzów układu pokarmowego (tzw. GIST) o nazwie Glivec to suma ponad 10 tys. zł na jednego pacjenta. Nie wszystkie postulaty programu łączą się z ogromnymi kosztami. Walczyć z rakiem możemy sami. Specjaliści chcą m.in. upowszechnienia prozdrowotnych zachowań. Najwięcej uwagi poświęca się czynnikom, na które sami mamy wpływ, czyli ograniczeniu palenia papierosów oraz zdrowemu, racjonalnemu odżywianiu i unikaniu nadmiernego spożycia alkoholu. Niewłaściwa dieta, narażenie na czynniki rakotwórcze, a także niektóre infekcje wirusowe odpowiadają za pojawienie się ok. połowy wszystkich zachorowań na raka. Predyspozycje genetyczne to jedynie 10-20 proc. wszystkich przypadków." (Piotr Kościelniak. Rzeczpospolita Nr 29 z 04.02.03) Cierpienie zabija. Nie tylko w potocznych powiedzeniach, ale w rzeczywistości. Negatywne myśli i złe emocje fatalnie wpływają na stan zdrowia człowieka. Żeby wyzdrowieć, nawet z najcięższej choroby, trzeba najpierw przekonać siebie samego, że warto. I że to możliwe. Carl Simonton, amerykański onkolog i radioterapeuta, po latach pracy stwierdził, że wielu chorych na nowotwory nie korzysta z dostępnych terapii. Powód jest banalny. Chorzy są załamani, stracili nadzieję, nie wierzą, że cokolwiek im pomoże, skazali się już na śmierć. Zaczął zgłębiać problem i uznał, że w procesie zdrowienia psychiczny stan chorego jest bardzo ważny. Opracował metodę wspierania chorych z nowotworami za pomocą technik psychoterapeutycznych, w Santa Barbara założył instytut. Pierwsze wyniki swoich badań opublikował na początku lat 80. Były zaskakujące. Okazało się, że dzięki szczególnej psychoterapii można przedłużyć życie pacjentów nawet dwukrotnie! Jednak środowisko medyczne odrzuciło te doniesienia, bezpardonowo atakując Simontona za brak profesjonalizmu. W kolejnych latach skuteczność jego metody była sprawdzana przez dwa niezależne instytuty badawcze. Oba stwierdziły to samo. Chory nie tylko dłużej żyje, ale i jakość jego życia znacznie się poprawia. Zwiększa się także ilość wyleczeń. Zmienić przekonania - Dziś już nie bardzo wypada atakować tezy, że stan umysłu wpływa na nasze zdrowie – mówi dr Mariusz Wirga, jedyny polski lekarz pracujący w Instytucie Simontona. - Jest to oczywiste, potwierdzone naukowo. Lekarze już wiedzą na pewno, że przewlekły stres działa na fizyczną stronę organizmu, wiele chorób ma udokumentowane podłoże psychosomatyczne. Dr Wirga pracował jako onkolog i patolog w Poznaniu. Teoriami Simontona zainteresował się dlatego, że – robiąc biopsje - na co dzień miał do czynienia z pacjentami w fatalnym stanie psychicznym. Zastanawiał się, jak można im pomóc. Zafascynowany książką Simontona „Triumf życia”, w rezultacie wyjechał z Polski i został pracownikiem jego instytutu. - W skrócie mówiąc, program Simontona to sposób radzenia sobie ze stresami życia – wyjaśnia dr Wirga. - Podstawą metody jest praca z ludzkimi przekonaniami, zwłaszcza tymi negatywnymi. „Nie mogę wyzdrowieć” – to jedno z częstszych przekonań chorego, zwłaszcza na tak ciężką chorobę, jaką jest nowotwór. Według teorii Simontona, takie przekonanie naprawdę przeszkadza w procesie zdrowienia. Nigdy nie wyzdrowieje ktoś, kto sądzi, że wkrótce umrze. Ludzie z negatywnym myśleniem odczuwają też więcej skutków ubocznych wszelkich terapii. Takie myślenie należy więc zmienić na inne. Pacjent ma uznać, że jednak może być zdrowy i dzięki temu uruchomić siły swojego organizmu do walki z chorobą. Terapeuta pracuje z nim, wpływając na wyobraźnię. - Praca z wyobraźnią to najstarszy znany ludzkości sposób leczniczy – mówi dr Wirga. - Świadczą o tym malowidła skalne, które powstawały po to, żeby skierować umysł we właściwym kierunku. Ich tematem są sceny z polowań, rytuały lecznicze i związane z płodnością. Pierwsze zapisy na temat wykorzystywania wyobraźni w medycynie pochodzą ze starożytnej Grecji. Lekarze radzili, by wyobrażać sobie swoją chorobę jako uleczalną, bo tylko wtedy nasz organizm może ją pokonać. O lepszą jakość życia W Instytucie Simontona nie stosuje się psychoanalizy. Nie chodzi o to, żeby drążyć, dlaczego człowiek zatruwa się negatywnymi emocjami, jaki jest tego powód. Ważniejsze od przyczyn są fakty, pobudzenie siły umysłu i energii. Terapii poddają się także bliscy pacjenta. To bardzo ważny element programu Simontona, bo przecież chory nie jest sam w swoim nieszczęściu, dotyka ono także jego otoczenie. Samo wyzdrowienie nie jest jednak celem terapii. Program skupia się na jakości życia, a czasem też na przygotowaniu do śmierci. Śmierć przecież nie zawsze jest porażką, czasem bywa wręcz pożądana. Wrocławskie Stowarzyszenie Wspierania Rozwoju Osób Niepełnosprawnych założyło pierwszą w świecie grupę terapeutyczną, stosującą metodę Simontona nie dla chorych na nowotwory. Chorzy na stwardnienie rozsiane (SM) z powodzeniem uczą się ćwiczyć umysł do walki z chorobą, także uważaną za nieuleczalną. - Nie trzeba tu było tworzyć jakiegoś specjalnego programu – jest przekonany dr Wirga. - Ten program nadaje się znakomicie do SM , bez konieczności adaptacji. Tak samo, jak może się przydać ludziom zdrowym. Jakość życia to przecież wartość uniwersalna. Więcej niż leki - Lekarz zapisuje choremu tabletki i na ogół na tym kończy się leczenie – mówi Teresa Marek. - Przez chorobę wypada się ze wszystkich ról społecznych – dodaje Lidia Bit. Teresa Marek jest chora na stwardnienie rozsiane. Lidia Bit to psycholog. Razem napisały program: „Jak żyć z SM?” i realizują go w ramach swojego Stowarzyszenia Wspierania Rozwoju Osób Niepełnosprawnych. Założenia są proste. Chorych trzeba wesprzeć na różnych życiowych frontach. Badania naukowe dowodzą niezbicie, że w procesie zdrowienia same leki stanowią o powodzeniu tylko w 10 proc. Pozostałe 90 proc. to cała pozamedyczna reszta. Czyli: psychika chorego i środowisko, w jakim przebywa. Harmonia w tych sferach jest nie do przecenienia. Potrzebny jest kompleksowy system wspomagania leczenia. Świat wali się na głowę - Tymczasem najczęściej wygląda to tak, że dostajemy leki i zostajemy sami ze swoim wyrokiem – Teresa Marek doświadczyła tego na własnej skórze. - A na głowę spada nam nie tylko problem z własnym zdrowiem. Ja, na przykład, przez chorobę straciłam pracę. Od swojego szefa usłyszałam, że jestem niepełnowartościowym pracownikiem, więc trzeba mnie zwolnić. Fizycznym dolegliwościom często towarzyszy psychiczny dyskomfort. Depresja jest jednym z elementów chorób przewlekłych. Kobietom gorzej W najgorszej sytuacji są chore kobiety. - W naszej partrialchalnej kulturze kobiecie przypisuje się rolę opiekunki – mówi Lidia Bit. - Jeśli więc zachoruje mąż, obowiązkiem żony jest się nim opiekować. W drugą stronę to nie działa. Chore żony są bardzo często porzucane przez swoich małżonków, co wcale nie spotyka się ze społecznym potępieniem. „Nie dał sobie rady” – tłumaczymy takie postępowanie – „Nie wytrzymał psychicznie”. Wówczas pacjentka musi walczyć nie tylko ze swoją chorobą, ale z samotnością i odrzuceniem. A w dodatku najczęściej ma jeszcze dzieci, którymi trzeba się zająć. Wali się praca, wali się dom. I jak można w takiej sytuacji żyć normalnie? To niezmiernie trudne. Bez solidnego systemu wsparcia jest to praktycznie niemożliwe. Program „Jak żyć z SM?” powstał właśnie po to, żeby człowiek znalazł w sobie siłę do samorealizacji, mimo medycznego wyroku. Normalnie żyć Niepełnosprawny fizycznie może być aktywny, nie musi się zapadać w swoją chorobę, skazywać na społeczny niebyt. To sprawa nie tylko psychologii, ale też funkcjonowania w środowisku. Pomocy wymagają bliscy chorego. Rodzina różnie reaguje. Odwraca się, odrzuca, ale też bywa nadopiekuńcza, wyręcza go we wszystkim. To także nie jest dobre. Co gorsza, na ogół zawodzi także komunikacja z otoczeniem. Chory nie ujawnia, czego tak naprawdę chce, a rodzina także milczy na temat swoich potrzeb. Niewiele się o tym słyszy, zwłaszcza w Polsce, ale poważnym problemem jest kondycja dzieci chorych ludzi. Jakże często to właśnie najmłodsi muszą wejść w zbyt dorosłe dla nich role, które je przerastają i obciążają. - Najważniejsze jest to, żeby chory człowiek nauczył się być podmiotem, a nie przedmiotem w różnego rodzaju relacjach – mówi psycholog. - Również w relacjach z lekarzem czy rehabilitantem. Tego wszystkiego można się nauczyć.
Program „Jak żyć z SM?” obejmuje
następujące zajęcia: (Alicja Giedroyć. Cudowna siła wyobraźni .... Nr z 27 czerwca 2003r.) |