źródło: Tygodnik "Wprost" z 30 marca 2003 r.
Warszawska Praga-Północ, gdańskie Dolne Miasto, łódzkie Bałuty czy wrocławskie Krzyki to kryminalne getta. Wchodząc tam po zmroku, a często także w dzień, możemy zostać pobici czy okradzeni. Niektóre z tych miejsc wyróżniały się wysoką przestępczością już przed II wojną światową. Kryminalne getta są praktycznie wyłączone z normalnego życia ekonomicznego i społecznego. Uciekają stamtąd firmy, a inwestorzy nie chcą kupować wolnych parceli.

W marcu 1982 r. George Kelling i James Q. Wilson opublikowali w "The
Atlantic Monthly" artykuł "Wybite szyby". Autorzy stwierdzili w nim, że
nieład i bałagan mogą doprowadzić do wciągnięcia lokalnej społeczności w
"orbitę działań przestępczych". Jedna wybita szyba prowokuje do
wytłuczenia pozostałych, jeśli nikomu to nie przeszkadza. Gdy już nie ma
żadnej szyby, mieszkańcy oraz osoby odwiedzające takie miejsce mogą
dojść do wniosku, że nikt nie odpowiada za pozbawiony szyb budynek, a w
końcu całą ulicę czy kwartał. W takich miejscach natychmiast pojawiają
się przestępcy, którzy podporządkowują sobie obywateli.
Na Pradze-Północ w ubiegłym roku padł niechlubny rekord: jednego dnia do
mieszkańców domów przy ulicy Brzeskiej wysłano 400 wezwań do sądu - w
sprawach pobić, rozbojów i kradzieży. Przy ulicy Ząbkowskiej (także na
Pradze-Północ) przed kilkoma laty stanął apartamentowiec. Do dzisiaj
inwestor nie może znaleźć chętnych na wynajem wielu mieszkań, choć
proponuje już bardzo
niskie ceny. Kandydatów odstrasza wysoka przestępczość w okolicy.
Przekonali się o tym dziennikarze "Życia", którego redakcja mieściła się
przy ulicy Jagiellońskiej. Jeden z nich trzykrotnie został pobity i
obrabowany. Od innych wymuszano haracze.
W Gdańsku co czwarte przestępstwo popełniane jest na Dolnym Mieście.
Kwadrat ulic Świętej Barbary, Angielskiej Grobli, Długich Ogrodów i
Siennickiej zyskał u gdańszczan miano "bandyckiego zagłębia". Niemal
codziennie przechodzące tamtędy kobiety tracą torebki (na tzw. wyrwę).
Niebezpiecznie jest także w Nowym Porcie, szczególnie na ulicy Wolności.
Na łódzkich Bałutach króluje tzw. limanka, czyli przestępcy operujący w
rejonie ulic Limanowskiego, Wojska Polskiego i Ceglanej. W ubiegłym roku
w tym rejonie skradziono 1180 samochodów. Na Bałutach zdarza się też
najwięcej ataków na tle seksualnym
- połowa wszystkich gwałtów w Łodzi przypada na tę dzielnicę.

Niebezpieczne dzielnice łączy podobieństwo pod względem urbanistycznym.
Układ wąskich ulic oraz połączone z sobą podwórka umożliwiają ucieczkę z
miejsca przestępstwa. Taka zabudowa dominuje w kryminalnych gettach
Warszawy, Gdańska, Katowic, Łodzi czy Szczecina. Na gdańskim Dolnym
Mieście przestępcy znikają w labiryncie opuszczonych zakładów mięsnych.
- Wokół zrujnowanych i zaniedbanych budynków szybko tworzy się
podkultura marginesu. Gdy takie jądro już powstanie, zaczyna ściągać
ludzi marginesu z całego miasta. W takich miejscach panuje silna
solidarność, bo ofiarami przestępców padają praktycznie tylko osoby z
zewnątrz - mówi dr Paweł Moczydłowski, socjolog, specjalista w
dziedzinie resocjalizacji.
W Poznaniu, Krakowie czy Wrocławiu przestępczymi enklawami są
najczęściej blokowiska. Nie ma tam typowego dla starych dzielnic
podziału na swój - obcy. Napadu czy rozboju może się spodziewać każdy.
Na wrocławskich Krzykach najniebezpieczniejsze są ulice Porzeczkowa,
Dereniowa i Agrestowa. Na poznańskim Nowym Mieście najwięcej pobić,
rozbojów i kradzieży zdarza się w rejonie ulic Komandoria, Chartowo i
Inflacka. W krakowskiej Nowej Hucie najniebezpieczniejsze są osiedla:
Teatralne (kwadrat ulic Obrońców Krzyża, Ludźmierska, Andersa i
Kocmyrzowska), Centrum "C" (między aleją Przyjaźni i ulicą Andersa) oraz
Urocze (ulice Żeromskiego, Ludźmierska i Rydza-Śmigłego). Wszędzie tam
jest niebezpiecznie nawet w dzień.
W Katowicach przestępcy działają głównie w śródmieściu - w rejonie
węzłów komunikacyjnych i dworca kolejowego - gdzie dominuje zwarta stara
zabudowa. W 2002 r. trzykrotnie wzrosła tu (w stosunku do 2001 r.)
liczba pobić i rozbojów. Szczególnie niebezpiecznie jest w rejonie
wąskich ulic Lompy, Sienkiewicza i Podgórnej. Równie niebezpieczne jest
śródmieście Szczecina, a szczególnie kwartał ulic Grodzka, Farna,
Niepodległości i plac Żołnierza. Przechodnie są wciągani do bram starych
budynków, bici i okradani. Wyjątkowo złą sławę ma ulica Parkowa, na
granicy śródmieścia i Niebuszewa. Według szczecinian, każdy mieszkaniec
płci męskiej w tym rejonie "siedział, siedzi lub będzie siedział".


Pod koniec lat 90. w Katowicach, Gliwicach, Zabrzu, Bytomiu, Sosnowcu,
Chorzowie, Szczecinie wprowadzono chicagowski program CAPS (Chicago
Alternative Policing Strategy - Alternatywna Strategia Policyjna dla
Chicago). CAPS polega na współpracy policji, społeczności lokalnej i
władz miejskich. Modelowym przykładem współdziałania było oczyszczenie z
przestępców Gill Parku w Chicago. Mieszkańcy okolicznych ulic wspólnie z
policją zaczęli patrolować teren, a sygnały o podejrzanych osobnikach
przekazywali policji. Po trzech miesiącach przestępcy wynieśli się z
Gill Parku.
Po pierwszym roku od wprowadzenia programu CAPS w Katowicach (obejmował
teren od placu Wolności, przez ulice 3 Maja, Mickiewicza, place
Dworcowy, Szewczyka oraz Rynek, po ulicę Staromiejską i Korfantego)
przestępczość spadła tam o 70 proc. Podobnie było w innych miastach
objętych programem CAPS. Potem jednak program praktycznie zawieszono.
Program sanacji niebezpiecznych dzielnic realizowano też na terenie
byłej NRD. Polegał on na zmianie struktury społecznej najbardziej
niebezpiecznych dzielnic. Ich mieszkańcom zaproponowano przeprowadzkę do
lokali o wyższym standardzie w innych dzielnicach, a opornych zachęcano
finansowo. Jednocześnie na koszt samorządów i landów wyremontowano
partery kamienic w starej zabudowie, przeznaczając je na sklepy i punkty
usługowe. - Wystarczyło przemieścić 30 proc. mieszkańców wywodzących się
z najbardziej patologicznych rodzin, żeby zmienił się klimat w takiej
dzielnicy. Programy tego rodzaju powiodły się we Frankfurcie nad Odrą,
Lipsku czy Chemnitz. Trzeba jednak pamiętać, że są one kosztowne, więc
większości polskich miast nie będzie na to stać. Oczywiście, na dłuższą
metę to się opłaca - mówi Andreas Billert, który odpowiadał za
realizację programu we Frankfurcie nad Odrą.
- Oczywiście można ogromnym kosztem zmienić charakter centrum Pragi, ale
wówczas przestępcy z Brzeskiej, Ząbkowskiej czy Szwedzkiej przeniosą się
gdzie indziej i nadal będą niebezpieczni. To prawda, że miejsca lepiej
oświetlone i estetyczniejsze mniej sprzyjają przestępcom, ale źródłem
tej brutalnej przestepczości jest naturalna agresja młodych mężczyzn i
to ją trzeba zwalczać - podkreśla Lech Kaczyński, prezydent Warszawy.
(Krzysztof Łoziński, Sławomir Sieradzki - Tygodnik "Wprost" z 30 marca 2003 r.)
Metoda zastosowana w Nowym Jorku
Policja i służby miejskie reagują na wszystkie, nawet drobne
wykroczenia. Dzięki temu powstaje czyste i uporządkowane
otoczenie, zniechęcające do wandalizmu czy pijaństwa. Metoda ta
stanowi tamę dla zuchwałości przestępców. Nawet drobne
wykroczenie spotyka się z natychmiastową reakcją. Niestety,
metoda ta nie ma wpływu na takie rodzaje przestępstw, jak
zabójstwa i pobicia w afekcie, przemoc domową oraz przestępczość
zorganizowaną. Nie skutkuje też wobec zawodowych przestępców.
Wymaga również koncentracji sporych sił policyjnych, dlatego nie
da się jej zastosować w całym kraju. Inną wadą jest migracja
przestępców do dzielnic lub miast, gdzie nie stosuje się tej
metody.
dr PAWEŁ MOCZYDŁOWSKI
socjolog, specjalista w dziedzinie resocjalizacji
Niebezpiecznych dzielnic nie zlikwiduje się, przesiedlając
mieszkańców do innych części miasta. Kto miałby zresztą
decydować, kogo i na jakiej zasadzie przesiedlić? Tym bardziej
że tym ludziom trudno przypisać konkretne naganne czyny. Lepiej
skupić się na prewencji, na przykład odpowiednio projektować
miasta, gdyż urbanistyka w dużym stopniu generuje przyszłe
relacje społeczne. Trzeba też podnosić standard cywilizacyjny
takich dzielnic, dać perspektywy młodzieży - inne niż siedzenie
na ławce i picie. Można się też starać zmienić strukturę
społeczną takiej dzielnicy: dając niektórym mieszkańcom lokale o
wyższym standardzie w innych miejscach, a innych, na przykład
właścicieli sklepów, firm usługowych czy artystów, zachęcać do
osiedlania ulgami podatkowymi.
prof. BRUNON HOŁYST
kryminolog
Uzdrawianie niebezpiecznych dzielnic najczęściej sprowadzało się
do wzmożonych kontroli policyjnych, wręcz obław. Takie akcje
były prowadzone w słynnej dzielnicy rozpusty w Hamburgu, w
chicagowskiej dzielnicy Loob, w londyńskim Soho, w Berlinie, a
także w Caracas w Wenezueli. Znacznie skuteczniejsze jest
wyburzanie starej zabudowy, na przykład pod pozorem groźby
zawalenia, a następnie budowanie w tym samym miejscu nowych
domów, zupełnie zmieniających charakter architektury dzielnicy.
Takie działania podejmowano we Francji (Marsylia) czy w
Niemczech (Drezno, Lipsk). W Warszawie dobrym przykładem jest
nowo wybudowany Dworzec Wileński. W takim otoczeniu przestępcy
gorzej się czują. Próby przesiedlania kryminalnych środowisk,
podejmowane w kilku krajach, raczej nie były skuteczne. Ci
ludzie po prostu nie chcą gdzie indziej mieszkać i nie ma
sposobu, by ich do tego zmusić.