|
|
HISTORIA PEWNEGO GLINYKradzieże i gwałty w metrze. Gangi, morderstwa na ulicach. Ludzie wyprowadzający się z miasta: "Mamy dość życia w strachu". Dziennikarze pisali: "Nowy Jork gnije". Błyskotliwy prokurator federalny Rudolph W. Giuliani został w 1993 roku wybrany na burmistrza miasta, bo obiecywał, że to się zmieni. Niedługo po objęciu urzędu zaproponował posadę szefa policji Williamowi Brattonowi. [...] I tak 2 grudnia 1993 roku nowy szef policji, jeszcze przed oficjalną nominacją, złożył pierwszą publiczną obietnicę: - Będziemy walczyć o każdy dom w tym mieście. Będziemy walczyć o każdą ulicę. O każdą dzielnicę. I zwyciężymy. Nieco ponad miesiąc po wypowiedzeniu tych słów miał objąć dowództwo nad 46 tysiącami funkcjonariuszy i zarządzać rocznym budżetem w wysokości 2,3 miliarda dolarów. Bratton nie ukrywał, że zawsze marzył o tym stanowisku. Drugiego dnia po zaprzysiężeniu Bratton postanowił całkowicie zakorkowany most Brookliński pokonać metrem. Ochrona się przeraziła. Opinia wśród nowojorskich policjantów o metrze była prosta: "Nie właź tam, chyba że na dole jest trup". W metrze od razu zaczepił go facet, który twierdził, że ma gruźlicę i natrętnie domagał się pieniędzy. Pozorne drobiazgi Bratton wziął się za człowieka, który napastował go w metrze, i za wszystkich jemu podobnych. Z poprzednich jego doświadczeń wynikało, że ludzie, którzy wchodzą do metra bez biletu, przeważnie robią to po to, by dokonać tam poważniejszych przestępstw. Zalecił wyłapywanie ich i kontrolowanie. Zabrał się też za lumpów zbierających na flaszkę i natrętów wymuszających pieniądze za "mycie szyb" na skrzyżowaniach: "W mieście przy wjazdach i wyjazdach z mostu, tunelu i autostradzie niemal za każdym razem, kiedy zatrzymywano się na czerwonych światłach, pojawiali się faceci, którzy przecierali szybę wycieraczką, szmatą lub gazetą i żądali za to pieniędzy. Jeśli nie dostali, czasem wybijali szybę, czasem rysowali samochód. Wydawało się, że nic z tym nie da się zrobić" - napisał Bratton w swojej książce "Przełom". Policjanci dokonywali aresztowań, a ludzie Brattona znaleźli kruczek prawny, który mógł doprowadzić myjącego szyby nawet za kraty. Skutek był taki, że liczba osób myjących szyby samochodowe na rogatkach spadła o 40 procent. Pozostałe 60 procent należało aresztować. Okazało się, że połowa z nich miała już na swoim koncie poważniejsze przestępstwa: włamania, kradzieże, napady, nielegalne posiadanie broni. Byli zatrzymywani za posiadanie narkotyków lub handel nimi. Podobnie rzecz się miała z ludźmi, którzy wchodzili do metra bez biletu. Byli dokładnie sprawdzani przez funkcjonariuszy. Przy okazji takich kontroli wyłapywano ogromną liczbę mniejszych i większych przestępców, których potem osadzano w więzieniach. Policjanci i szacunek Bratton po przybyciu do Nowego Jorku zauważył, że jego przyszli podwładni pogrążeni są w marazmie. "Pierwsza zasada obowiązująca każdego, kto pracuje w policji: nie wychylaj się. Nigdy nie opowiadaj, czego chcesz dokonać, bo jeśli ci się nie uda, podpadniesz" - pisał w swojej książce. W innym fragmencie wspomina: "Wysmażona przez naukowców teoria głosiła, że przestępstwa są skutkiem określonej sytuacji społecznej, na którą działania policji nie mają żadnego wpływu. Postanowiłem udowodnić, że socjolodzy i kryminolodzy nie mają racji". Niemal natychmiast zaczął dokonywać zmian w hierarchii nowojorskiej policji oraz w metodach jej pracy. W pierwszym miesiącu usunął wielu funkcjonariuszy z najwyższych szczebli i wprowadził nowych ludzi. Bratton twierdził przy tym głośno, że policja nowojorska jest "zorganizowana w sposób znakomicie utrudniający jej skuteczne funkcjonowanie". Potem zrobił wszystko, by policjanci nabrali szacunku do niego, do samych siebie i uwierzyli, że w razie potrzeby będzie ich bronił. Zaraz na początku sprawowania urzędu Bratton udał się do jednego z komisariatów, w którym wykryto przypadek korupcji. Osobiście aresztował winnego funkcjonariusza. Był to bardzo mocny sygnał dla innych, że takie wykroczenia nie będą tolerowane. Jeszcze wcześniej udał się nieoczekiwanie na 103 posterunek w dzielnicy Queens. Funkcjonariusze myśleli, że zmyje im głowę z powodu niedawnej ostrej interwencji w meczecie czarnoskórych wyznawców islamu. Zamiast tego nowy szef wygłosił swoje expose. - Oczekuję od was uczciwości i wierności przysiędze, którą złożyliście w pierwszym dniu służby. A kiedy wpadniecie w tarapaty, wykonując to, co do was należy, będę was wspierał. Jeśli zrobicie coś nie tak, odeślę was na przeszkolenie i wrócicie do pracy. Jeśli będziecie nieuczciwi albo brutalni, dopilnuję, żeby was wyrzucono z pracy, aresztowano i wsadzono do więzienia - mówił, wyraźnie mając nadzieję, że o jego przemówieniu stanie się głośno. - Z drugiej strony - podkreśla Ken Fisher - wywalczył dla policjantów prawo do posiadania w czasie służby nowego rodzaju broni - pistoletu kaliber 9 milimetrów. Ta dużo skuteczniejsza broń pozwoliła im stawiać czoło uzbrojonym po zęby kryminalistom, szczególnie z gangów nowojorskich. Psychologicznie było to znakomite posunięcie, gdyż policjanci na patrolu, zwłaszcza ci, którzy pracowali w dzielnicach o złej reputacji, mieli świadomość, że teraz ich szanse w starciu z przestępcami się wyrównały, a komisarz jest po ich stronie. Podniosło to zdecydowanie morale w nowojorskiej policji. Ponadto Bratton ulepszył sposób szkolenia policjantów, wydłużając czas szkolenia rekrutów z sześciu do dziewięciu miesięcy. Matematyczna dokładność - Pierwsze, co rzucało się w oczy po tym, jak Bratton został komisarzem w styczniu 1994 r., to jego wynalazczość - wspomina John Marzulli. Za rewolucyjną uznawana jest metoda Compstat. Zamiast przeprowadzać analizy danych co trzy miesiące, informacje o liczbie morderstw, kradzieży i gwałtów przygotowywano co dzień, na każdym posterunku, w każdej komendzie. Uzyskiwane w ten sposób informacje dawały znakomity obraz ogólny przestępczości w Nowym Jorku. Bratton lubił przydzielać obowiązki stworzonej przez siebie grupie kilku najbliższych współpracowników i nie ingerował potem zbytnio w ich pracę. Bratton "wpadł na pomysł zarządzania przez współuczestnictwo". Polegało to na organizowaniu w biurze komisarza częstych spotkań z szeregowymi funkcjonariuszami, detektywami i policjantami średniego szczebla, w czasie których analizowano nowe metody walki z przestępczością. Plan jej ograniczenia w dzielnicach, w których pracowali, spisywano potem w szczegółowych punktach. Dzięki temu każdy wiedział, co ma robić i czego się od niego wymaga. Przypominało to zarządzanie przedsiębiorstwem, w którym pracownicy rozliczani są skrupulatnie z rezultatów swego działania. Narady w gabinecie Brattona zaczynały się zazwyczaj o godz. 8.30. Na początku wielu komendantów narzekało na to: "Mamy tyle zajęć o tej porze". Utyskiwania ustały, gdy szef oświadczył: "Będziemy zaczynać o siódmej, a jeśli znowu powiedzą, że odprawy kolidują z ich zajęciami - o piątej". Oficjalnie komisarz zrezygnował w 1996 roku i odszedł z policji (obecnie udziela konsultacji i wygłasza prelekcje na temat zwalczania przestępczości). Mógł mieć powody do dumy. W ciągu 27 miesięcy pracy doprowadził do spadku przestępczości w Nowym Jorku o blisko 40 procent. (Rzeczpospolita z 19 marca 2002 r.) |