WROCŁAWIANKA - SPÓŁDZIELNIA MIESZKANIOWA
Spółdzielnia Wrocławianka
stoi na skraju bankructwa. Na najbliższych, zaplanowanych na połowę
października zebraniach mieszkańców, jej zarząd przedstawi wniosek o
ogłoszenie upadłości spółdzielni.
Lokatorzy nie wiedzą, co to dla nich oznacza. Boją się o swoje
mieszkania.
- Sytuacja finansowa spółdzielni jest niewesoła, wiadomo o tym nie od
dziś. Ale nic więcej nie powiem. To sprawa do przedyskutowania wewnątrz
spółdzielni - powiedziała "Słowu" Hanna Szczygieł, prezes Wrocławianki.
Pusta kasa i długi
Spółdzielnia ma około 250 mieszkań w budynkach rozproszonych po całym
Wrocławiu, m.in. na ulicy Krakowskiej, Kościuszki, Inowrocławskiej czy
Gajowej. O jej kłopotach głośno jest nie od dziś: w sierpniu Miejskie
Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej na kilka tygodni odcięło za długi
dostawy ciepłej wody do mieszkań. Połowę długu wobec MPEC-u, czyli ok.
200 tysięcy złotych, udało się spłacić i woda na razie jest. Ale na tym
nie koniec. Lokatorzy zostali poinformowani, że mogą zostać odcięci od
innych mediów, a firmy sprzątające przestaną wywozić śmieci.
- Na ostatnim zebraniu dowiedzieliśmy się, że ogólne zadłużenie naszej
spółdzielni wynosi blisko 2, 5 miliona złotych - mówi jeden z lokatorów
budynku przy ul. Krakowskiej.
Największym wierzycielem jest Wrocławskie Przedsiębiorstwo Budowlane
(ok. miliona złotych), które stawiało mieszkania przy ul.
Inowrocławskiej. Wrocławianka jest też winna ok. 400 tys. zł
nieistniejącej już firmie Restar, która budowała mieszkania przy ul.
Krakowskiej. Tymczasem kasa spółdzielni jest pusta, a komornik zajął jej
konto.
Chcieli wcześniej
Część spółdzielców z Wrocławianki już w ubiegłym roku zastanawiała się,
czy nie powinna ona upaść. Ale ówczesny zarząd, który przez lata
kierował spółdzielnią i za czasów którego powstawało tak astronomiczne
zadłużenie, twierdził, że to tylko przejściowe trudności. Wynikać miały
m.in. z tego, że lokatorzy nie płacą czynszów, i że nie wszystkie
wybudowane mieszkania udało się sprzedać.
A wykonawców, którym był winien pieniądze, tamten zarząd pozwał do sądu,
domagając się zwrotu blisko miliona złotych za usterki i
niedociągnięcia.
Zdenerwowani mieszkańcy (głównie budynku przy ul. Inowrocławskiej -
którzy przez blisko dwa lata bezskutecznie domagali się końcowego
rozliczenia swoich mieszkań) doprowadzili w lipcu do zmiany zarządu. A
nowy, zaraz po zapoznaniu się z finansami spółdzielni, czyli po dwóch
miesiącach urzędowania, zgłosił wniosek o ogłoszenie upadłości.
Zapłacą lokatorzy
Co to oznacza dla mieszkańców? - Ci którzy mają spółdzielcze
własnościowe prawo do lokalu nie muszą się niczego obawiać.
Przekształcone zostanie automatycznie w odrębną własność - tłumaczą
prawnicy z Krajowej Rady Spółdzielczej.
W gorszej sytuacji są ci, którzy mają lokatorskie prawo do lokalu. Jeśli
syndyk zlicytuje mieszkania, będą musieli zawrzeć z nowym właścicielem
umowę najmu. A może to oznaczać znaczną podwyżkę czynszów.
Syndyk może też zlicytować wszystkie te mieszkania, które nie zostały
kupione aktem notarialnym, a zawarta została tylko umowa przedwstępna.
A lokatorzy Wrocławianki np. z ulic Glinianej, Inowrocławskiej czy
Krakowskiej, którzy nie zgadzają się z wysokością dopłat do swoich
mieszkań, jakie wyliczył im poprzedni zarząd spółdzielni, muszą liczyć
się z tym, że jeśli wkroczy syndyk to szybko zażąda od nich tych
pieniędzy.
Kiedy upadłość
Prawo spółdzielcze mówi wyraźnie, że jeśli zarząd spółdzielni stwierdzi,
że wartość jej majątku nie wystarcza na zaspokojenie wszystkich
zobowiązań, musi niezwłocznie zwołać walne zgromadzenie członków
spółdzielni, na którym ostatecznie zdecydują oni, czy ogłosić upadłość.
- Walne zgromadzenie może albo wskazać drogę wyjścia z zapaści i podjąć
decyzję o dalszym istnieniu spółdzielni, albo - jeśli nie znajdzie
takiego sposobu - podjąć decydującą uchwałę o postawieniu jej w stan
upadłości - tłumaczy Jacek Urbański z Krajowej Rady Spółdzielczej w
Warszawie. Gdy podejmie tę drugą decyzję, zarząd musi niezwłocznie
zgłosić ten fakt w sądzie gospodarczym.
Nowe prawo
Do ministerstwa sprawiedliwości trafił już, powstały z inicjatywy
rzecznika praw obywatelskich, projekt zmian w ustawie o spółdzielniach
mieszkaniowych. Proponowane rozwiązania przewidują, że nieuczciwi
członkowie zarządu i rad nadzorczych spółdzielni będą ponosić karną
odpowiedzialność za swoje czyny.
Projekt przewiduje, że za działanie na niekorzyść swojej spółdzielni
członek jej władz może trafić do więzienia nawet na 5 lat. Za świadome
ogłaszanie nieprawdziwych danych o kondycji finansowej spółdzielni
grozić mają dwa lata, a nieumyślne - rok za kratkami.
(Krzysztof Kamiński)
|