ZARZUTY WOBEC PREZESA SPÓŁDZIELNI
Oszustwa podatkowe i kradzież betonu zarzuca prokuratura
prezesowi jednej z największych spółdzielni mieszkaniowych we Wrocławiu.
Śledztwo dotyczące działalności prezesa Spółdzielni Mieszkaniowej Wrocław
Południe zaczęło się przed rokiem. Zdaniem prokuratury prezes Henryk J.
przywłaszczył w 1998 roku i przekazał na budowę swojej willi beton, który
powinien być wykorzystany przez spółdzielnię. - Było tego około 70 metrów
sześciennych - mówi prokurator prowadzący sprawę.
- Budowałem mój dom z innego materiału, siporeksu, i nie potrzebowałem nawet
połowy tej ilości betonu, której zagarnięcie zarzucił mi prokurator - twierdzi
prezes.
Kolejny wątek sprawy Henryka J. to zarzut zatajenia przez
niego ponad 400 tys. zł dochodów. Zawiadomienie złożył Urząd Skarbowy Wrocław
Krzyki. Urzędnicy twierdzą, że prezes nie potrafi udokumentować, skąd wziął tak
wielką kwotę.
Prezes próbował przekonać urzędników fiskusa, że pieniądze zarobił, sprzedając
Powszechne Świadectwa Udziałowe programu Narodowych Funduszy Inwestycyjnych.
Kupił je od wujka, który mieszka na Śląsku. A wujek skupował je od górników.
Problem w tym, że wujek od kilku lat nie żyje. Prokuratura jest przekonana, że
podpis wujka na umowie kupna-sprzedaży świadectw prezesowi został podrobiony.
Dlatego oprócz zarzutów ukrywania dochodów podejrzewa Henryka J. o to, że
posłużył się sfałszowanym dokumentem.
- Człowiek się podpisuje różnie i to nie jest żaden dowód, że to sfałszowany
podpis - mówi prezes i dodaje, że pieniądze na świadectwa pochodziły ze
sprzedaży 63 tys. dolarów. - Te pieniądze zainwestowałem w akcje, obligacje i
świadectwa udziałowe - mówi prezes.
Skąd miał 63 tys. USD? - Między 1984 a 1995 roku prowadziłem kilka własnych firm
- mówi. - Zajmowałem się budownictwem, krawiectwem i handlem.
Dziś również - oprócz szefowania spółdzielni - jest jak sam twierdzi
współwłaścicielem spółki, która prowadzi kilka lokali w mieście. Są wśród nich
pub 9 Brama w Rynku i restauracja Stara Giełda na pl. Solnym.
- Wszystkie te sprawy to nagonka na mnie. Zaczęła się nagle półtora roku temu -
mówi Henryk J.
Jak twierdzi, grupa kilku osób, członków spółdzielni, zaczęła składać donosy na
niego w różnych instytucjach: policji, prokuraturze, urzędach skarbowych.
Efektem tego - jak mówi prezes - są śledztwa i stawiane mu zarzuty.
Co to za grupa. I o co jej chodzi? Prezes spółdzielnie nie
chce powiedzieć za wiele. - Czy mnie będą nachodzić, czy nie, to nie przestraszę
się - zarzeka się.
(Marcin Rybak, Filip Mecner "Gazeta
Wyborcza " z 09 czerwca 2003 r.)
|