STADION ŚLĘZY NA WOKANDZIE

Przed Sądem dla Śródmieścia toczy się proces działaczy Ślęzy oskarżonych, że w latach 1997-1999 niekorzystnie sprzedali należące do klubu nieruchomości. Wyrządzoną klubowi szkodę prokurator oszacował na ponad 2,6 ml zł

Na rozprawie działaczy Ślęzy, oskarżonych o niekorzystną sprzedaż należących do klubu nieruchomości, sąd przesłuchiwał wczoraj dyrektora klubu Wiesława S. i członka zarządu Jerzego N.
Trzecim z oskarżonych jest Wojciech N., były prezes I Klubu Sportowego Ślęza. Wyjaśnienia już złożył i wczoraj w sądzie się nie pojawił.
Zdaniem prokuratury działacze nadużywając uprawnień i niedopełniając obowiązków, wyrządzili klubowi szkodę na ponad 2,6 ml zł, a także utrudnili zaspokojenie roszczeń wierzycieli, dawnych sponsorów sekcji piłkarskiej. Dwie nieruchomości - działkę ze zrujnowanym hotelem w budowie koło kempingu Na Grobli oraz stadion Ślęzy przy ul. Wróblewskiego - kupił w roku 1997 i 1998 Grzegorz Antkowiak, właściciel Gant SA oraz główny udziałowiec Consultor sp. z o.o., której współwłaścicielami byli... oskarżeni Jerzy N. i Wojciech N. Dodatkowo kancelaria Consultor s.c. panów Jerzego N. i Wojciecha N. obsługiwała prawnie Ganta SA, a Wojciech N. zasiadał w radzie nadzorczej tej spółki.
Na pytanie prokuratora, czy wiedział o powiązaniach Antkowiaka z członkami zarządu Ślęzy, Wiesław S. odpowiedział wczoraj: - Wiedziałem, że się z nim przyjaźnią, ale nie miałem pojęcia, że pan Antkowiak jest współwłaścicielem Consultor sp. z o.o. W ogóle nie wiedziałem, że istnieją dwie spółki o tej nazwie. A o tym, że prezes Ślęzy Wojciech N. jest w radzie nadzorczej Ganta to przeczytałem w gazetach. Potem opisał jednak prokuratorowi, że do gabinetu Antkowiaka szło się przez sekretariat kancelarii Consultor.

Dlaczego klub nie dbał, by kupcy terminowo uiszczali płatności? - Mimo że sprzedaliśmy stadion, mogliśmy z niego korzystać, a nawet czerpać korzyści z zarządzania tym terenem. Trudno straszyć karami za nieterminowość swoich dobroczyńców - tłumaczył Wiesław S.
Jerzy N. przekonywał zaś sąd, że wszystkie transakcje były robione przede wszystkim z myślą o dobru nękanego przez wierzycieli klubu. - Nie jest prawdą, że nieruchomości sprzedawali tylko znajomym. Na korty przy Wróblewskiego było dwóch chętnych. Sprzedaliśmy je państwu Ł., bo dali lepszą cenę, choć drugi oferent był moim dobrym znajomym - mówił. Dobra cena, która dali Ł., to 560 tys. zł.
Po zaledwie dwóch latach odsprzedali korty za prawie 3,5 mln zł.
Następna rozprawa w listopadzie.

(Małgorzata Porada  Gazeta Wyborcza z  22 października 2003 r.)