NABITO MNIE W
BUTELKĘ
Rozmowa z Bogdanem Ludkowskim,
prezesem Intakusa
* Przez kilka lat spekulowało się o wymianie
stadionu Ślęzy przez pańską firmę Intakus na wzgórze Andersa, czy działkę przy
pl. Grunwaldzkim. Teraz rzecznik prezydenta Wrocławia mówi, że miasto rozmawia
już tylko z komornikiem.
- To pierwsza wiadomość, którą otrzymałem po włączeniu komórki na urlopie.
* Nie spodziewał się pan tego?
- Nie. Dzień przed wyjazdem na urlop spotkałem się z prezydentem Rafałem
Dutkiewiczem. Spotkanie było bardzo sympatyczne, usłyszałem o wdzięczności
miasta za naszą postawę w sprawie i deklarację doprowadzenia sprawy do
satysfakcjonującego obie strony finału.
* Skąd więc wziął się komornik?
- Komornik działający na zlecenie korporacji “Filar”, w której ubezpieczony był
nasz kredyt z PKO S.A., zapytał urząd miasta czy w przypadku ewentualnej
licytacji, gmina Wrocław korzystać będzie z prawa pierwokupu. Na razie nie mamy
zobowiązań wobec gminy Wrocław, firma nie jest licytowana, a aktywa firmy
znacznie przekraczają nasze zobowiązania. Myślę, że nasze kłopoty nie są
wyjątkiem w realiach naszej gospodarki. Najbardziej zabolała mnie wyczuwalna
satysfakcja rzecznika prezydenta, że partnerem nie musi być już firma 16 lat
działająca na wrocławskim rynku, lecz komornik oraz sugestia, że to Intakus od
półtora roku robił wszystko, aby się z miastem nie dogadać.
* A jak było?
- Było tak: miasto ogłosiło przetarg na dostawę 150
mieszkań. Do przetargu przystąpiło dwóch oferentów: sieć kantorów Gant i firma
budowlana Intakus. Byłem zdumiony małą ilością ofert w tak intratnym przetargu.
Dzwoniłem do innych deweloperów, pytałem: - Dlaczego nie wystartowaliście? - Nie
wiesz - odpowiadali. - To przetarg dla Ganta. Potem okazało się, że umowa
została zawarta nie na dostawę 150, ale 100 mieszkań, co było bardzo dziwne. Ale
wtedy dla nas sprawa była już zamknięta. Po roku przeczytałem w prasie, że firma
Gant poszukuje dostawcy 100 mieszkań na wolnym rynku, bo sama nie może wywiązać
się z umowy. Dopiero wtedy pojawił się Intakus, jako partner gminy i Ganta.
* Wielu ludzi uważa, że przetarg był ustawiony
przez miasto, Gant i Intakus.
- I to mnie boli. Do Grzegorza Antkowiaka, prezesa Ganta, zwróciliśmy się z
ofertą dopiero po artykułach prasowych. Wówczas zaczynał się kryzys, mieliśmy
kilkadziesiąt wolnych mieszkań, które im zaproponowaliśmy.
* Co zadecydowało, aby wymienić te mieszkania
na stadion Ślęzy?
- Ostateczna przesłanką zawarcia tego “dealu”, była deklaracja ówczesnego
prezydenta miasta, Bogdana Zdrojewskiego, oczywiście ustna, że zamierza wymienić
stadion na inną nieruchomość. Z Gantem to jest niemożliwe - mówił prezydent
(choć wiem, że takie negocjacje trwały) - a z Intakusem jak najbardziej.
Wcześniej o zamianie na wzgórze Andersa nie myślałem.
* I zaczęły się rozmowy z miastem?
- Bardzo życzliwe zresztą. Gmina przedstawiła nam do akceptacji hipotetyczną
listę nieruchomości do wymiany.
* Które wybraliście?
- Wzgórze Andersa lub działkę między ul. Curie Skłodowskiej, Norwida a pl.
Grunwaldzkim.
* Wtedy zaczęły się komplikacje?
- Nie, wtedy prezydent Zdrojewski przestał być prezydentem, a został posłem.
Stery Wrocławia przejął Stanisław Huskowski, powstał nowy zarząd, który tuż
przed upływem kadencji podjął uchwałę, o kierunku zamiany stadionu na działkę
przy pl. Grunwaldzkim. W tym czasie poprosiłem też posła Zdrojewskiego o
ponaglenie postępowania. Dla urzędnika czas płynie wolniej niż dla
przedsiębiorcy. Poseł zapewnił mnie: - Zaraz po wyborach finalizujemy sprawę.
Prezydentem został Rafał Dutkiewicz z tej samej opcji politycznej. Wtedy to
przedstawiciele miasta z powrotem zaczęli nas ukierunkowywać na wzgórze Andersa.
* Panu to robiło różnicę?
- Moim jedynym interesem było zdyskontowanie środków, które zamroziłem w
stadionie Ślęzy, który i tak przecież utrzymuję społecznie. Ja przecież wyjąłem
5 milionów złotych ze swojego kapitału obrotowego i przekazałem miastu w postaci
mieszkań. Teraz chcę odzyskać pieniądze.
* W tym czasie gmina sporządziła już plany
miejscowe dla stadionu...
- Nigdy jako właściciel działki nie byliśmy zapraszani na żadne konsultacje. Nie
oprotestowywaliśmy tych planów. Przecież cały czas realizowaliśmy zamianę.
Teraz, jako lojalny i spolegliwy petent magistratu czuję się nabity w butelkę.
* Dlaczego?
- Miasto zachowało się wyjątkowo nie fair. Przed wyborami
prezydent Dutkiewicz był łatwo dostępny. Gdy wprowadził się do ratusza,
przez pół roku musiałem się do niego dobijać. W biznesie skuteczni są twardzi
gracze. Ja chyba do nich nie należę. Deklaracje bez pokrycia, które słyszałem na
przestrzeni ostatnich dwóch lat z ust przedstawicieli władz miasta wystawiają im
świadectwo. Jestem przekonany, że piłka jeszcze jest w grze. Ogłosiliśmy właśnie
konkurs ofert na zakup stadionu.
(Marcin Gąsiorowski. Gazeta Wrocławska z 7 sierpnia 2003 r.) |