strona wrocławskiego osiedla HUBY

OSIEDLA, KTÓRE WSTRZĄSNĄ MIASTEM

Młodzi ludzie z osiedla „Cztery Pory Roku” na Jagodnie wierzą, że jako radni osiedlowi będą mogli coś sensownego zrobić.

Formalnie rady osiedli mogą mało. Ślą wnioski do władz miasta i wydają opinie. Na przykład w sprawie planów zagospodarowania przestrzennego albo lokalizacji inwestycji i punktów sprzedaży alkoholu. Sęk w tym, że władze miasta nie muszą liczyć się z tymi wnioskami i opiniami. A to bardzo frustruje osiedlowych radnych. I nie budzi entuzjazmu mieszkańców. Nic dziwnego, że frekwencja w wyborach do rad osiedli jest na ogół bardzo niska. Cztery lata temu we Wrocławiu wyniosła niecałe 9 proc. Mniej ludzi głosuje tylko w wyborach uzupełniających do Senatu. Kolejne wybory do rad osiedli władze Wrocławia zwołały na 13 marca. Frekwencja zapewne znów będzie niewielka. A przecież warto wesprzeć te rady. Bo wcale nie muszą być skazane na bierność. – Mogą inicjować wiele działań, na przykład budowę osiedlowego domu kultury – zachęca Piotr Gaglik, były radny miejski z AWS, spec od rad osiedli. – Muszą tylko mieć pomysł, jak to zrobić. A nie tylko żądać nowego domu kultury od miasta.

Osiedle Gadu-Gadu

Na peryferyjnym Jagodnie (południowy kraniec Wrocławia, obok Brochowa) wyborów nie będzie. Zgłosiło się za mało kandydatów. Raptem czternaścioro na piętnaście miejsc w radzie osiedla. Zgodnie z przepisami, zostali automatycznie radnymi. Jak zwiększyć kompetencje rad osiedli? Zdaniem działaczy osiedlowych, opinie rad w najważniejszych sprawach (koncesje na alkohol, lokalizacje inwestycji) powinny być wiążące dla władz miasta. Czy taka zmiana jest realna? Wątpliwe. Wprowadzić ją może tylko rada miejska. A ona raczej nie będzie zainteresowana uszczupleniem kompetencji miasta na rzecz osiedli. Pesymistą jest Ryszard Bubień, założyciel komitetu Nasze Osiedle, działacz osiedlowy z Zalesia, były radny miejski z AWS. Uważa, że obecna rada miejska raczej nie poprze dążeń osiedli. – Zasiada w niej mniej osób obeznanych z problematyką rad osiedli, niż w radzie poprzedniej kadencji – mówi. – Dlatego trzeba będzie wywrzeć oddolną presję.

– Można o to powalczyć. Pod warunkiem, że zainteresowane tym będą także inne rady – deklaruje Krzysztof Marschal z Jagodna.

Przewodniczący rady miejskiej Grzegorz Stopiński przyznaje, że dobrze byłoby nadać radom osiedlowym osobowość prawną. Tyle że decyzję w tej sprawie musiałby podjąć Sejm. Bo trzeba by wprowadzić odpowiednie zapisy do Ustawy o samorządzie gminnym. Jak z kolei tłumaczy Piotr Gaglik, już na początku lat 90. planowane było stopniowe zwiększanie kompetencji rad osiedli. Dlaczego nie wypaliło? – Bo fachowość radnych osiedlowych okazała się niewystarczająca – studzi osiedlowe ambicje Gaglik. Można też dawać w zarząd radom osiedli jakieś fragmenty majątku miasta. Np. osiedlowe boisko. Tak już zresztą było. Gaglik wspomina, że przecież na początku lat 90. Popowice przejęły osiedlowy klub, a Biskupin – budynek przy ul. Pautscha, w którym spotyka się rada osiedla (teraz jest tam też Straż Miejska). W 2002 r. swoją reformę osiedlową przyjęła rada miejska. Od tej pory rady osiedli miały dostawać pieniądze z budżetu nie proporcjonalnie do ilości mieszkańców – a w oparciu o system punktów premiujących działalność. Najlepsze rady dostawałyby najwięcej. Ale wkrótce miasto zarzuciło tę reformę. Grzegorz Stopiński proponował niedawno, by rada miejska wręczała najlepszym radom puchar. A wraz z nim – nagrodę finansową. Radni miejscy nie zgodzili się na to. Są i ambitniejsze pomysły. Choćby taki, by powiązać zwiększenie kompetencji rad osiedli ze zmniejszeniem ilości samych osiedli. Tego chce Jerzy Sznerch z Nadodrza. Piotr Gaglik idzie jeszcze dalej. Chciałby, by większe, bardziej zintegrowane osiedla miały więcej kompetencji, niż te mniejsze i mniej jednolite. Jego zdaniem, przy niektórych osiedlach można by też utworzyć delegatury urzędu miasta.

Ta nowa rada może być rewolucyjna. Opanowali ją młodzi ludzie, mieszkańcy nowego, zamkniętego osiedla „Cztery Pory Roku”. Do rady weszli pod szyldem „Listy Sąsiedzkiej”. Najmłodszy – Witold Galecki – ma dopiero 19 lat, studiuje. Pozostali mają przeważnie po 25-30 lat. Typowa nowa klasa średnia. Jeden jest architektem, drugi zawodowym żołnierzem, inny informatykiem, znalazło się też paru programistów, a nawet specjalistka od budżetu państwa. Jest ich łącznie trzynaścioro. Mają więc absolutną przewagę w radzie.

– Nasza lista powstała spontanicznie. Pomysł narodził się dwa miesiące temu – opowiada jeden z tych nowych radnych Krzysztof Marschal (26 lat, inżynier środowiska, na studiach działał w samorządzie studenckim i radzie mieszkańców akademika). Wojowniczo przy tym zapowiada: – Mamy spory zapał do pracy. Chcemy uświadomić miastu, że nie jesteśmy wioską leżącą pod miastem, a jego częścią. Co chce zrobić nowa rada? Marschal wylicza najpilniejsze potrzeby Jagodna: więcej połączeń autobusowych z miastem (kilka już wywalczyli jako mieszkańcy „Czterech Pór Roku”), oświetlenie przystanku autobusowego, namówienie policji, by stała z radarem przy pobliskiej ul. Buforowej – bo łatwo tam wpaść pod rozpędzone auto, budowa boiska dla młodzieży. Mówiąc o boisku „dla młodzieży”, Marschal na chwilę milknie, uśmiecha się i wzdycha: – Przecież sam jestem młodzieżą. Nowi radni skrzykują się przez Gadu-Gadu. Ale tylko do wspólnego zdjęcia. Bo jeśli chcą porozmawiać, nie muszą wychodzić z domów. Mają od tego osiedlowe forum internetowe. Sami je założyli. Uruchomili też osiedlowe radio. Wydają biuletyn – „Na Jagody!”. Przyświeca mu motto, mongolskie przysłowie: „W rodzinie wspólne życie, u sąsiadów wspólne myśli”.

Rady, czyli lep na partie

Ale „Cztery Pory Roku” to nie całe Jagodno. W pobliżu jest niewielkie skupisko domków jednorodzinnych, tak zwane „stare Jagodno”. Do rady osiedla trafił stamtąd jeden pan – fotograf Janusz Bochajczuk. Jedyny przedstawiciel dotychczasowego samorządu osiedla.

– Zgłosili się już do nas także młodzi ludzie ze starego Jagodna. Chcą współpracować – cieszy się Marschal. Niewiele brakowało, a byłaby jeszcze jedna lista wyborcza na Jagodnie. Próbował ją zmontować Rafał Borutko, młody (33 lata) działacz LPR, członek zarządu województwa. Też mieszkaniec „Czterech Pór Roku”. Miała to być jedna z list Rodziny Wrocławskiej, komitetu założonego specjalnie na te wybory przez m.in. LPR, PSL i UPR. Borutko namawiał swoich sąsiadów do startu z tej właśnie listy. Nie chcieli.

– Martwi mnie totalne upartyjnienie wszystkiego – odpowiadał wówczas Borutce na osiedlowym forum mieszkaniec „Czterech Pór Roku”. – Kwestii oświetlenia ulic czy naprawy drogi naprawdę nie reguluje żadna ideologia – tłumaczył.

Partie faktycznie interesują się radami osiedli. Już cztery lata temu wielu swoich działaczy wprowadziło do rad osiedli SLD. W tym roku, obok Rodziny Wrocławskiej, trafimy m.in. na Koalicję Obywatelską Nasze Osiedle. Tworzy ją m.in. PO.

– To co najmniej nieporozumienie – komentuje upartyjnianie osiedlowych rad Jerzy Sznerch, przewodniczący rady osiedla Nadodrze. Sam startuje z ramienia Wrocławskiego Forum Samorządowego. Założyli je działacze osiedlowi z całego miasta na wybory do rady miejskiej w 2002 r. (wystawili wtedy nawet kandydata na prezydenta miasta prof. Edwarda Czapiewskiego; ale i on, i kandydaci Forum do rady miejskiej przegrali wybory). Sznerch podkreśla, że WFS jest całkowicie apolityczne. – Na naszych listach są obok siebie członkowie SLD, PiS i LPR oraz bezpartyjni – zachwala.

Nadodrze szturmuje Europę

Sznerch działa w radzie Nadodrza, odkąd ona istnieje, czyli od początku lat 90. A nawet jeszcze dłużej. Bo – jak wspomina – rada powstała na bazie Komitetu Obywatelskiego Wrocław-Nadodrze, który działał już w 1989 r.

To jedna z bardziej prężnych rad we Wrocławiu. Znana jest zwłaszcza z festynów i koncertów. W zeszłym roku zorganizowała m.in. IV Przegląd Piosenki Patriotycznej i Żołnierskiej, IV Przegląd Piosenki Przedszkolnej, drugą edycję „Nadodrzańskiego Kolędowania” oraz koncert charytatywny dla Jacka Kaczmarskiego. Była też dwudniowa impreza „Kolorowym korowodem do Europy”. Na jej zakończenie grupa dzieci z osiedla tańczyła tradycyjne tańce europejskie na scenie ustawionej pod kościołem garnizonowym. Na tę właśnie imprezę rada Nadodrza próbowała zdobyć pieniądze z Unii Europejskiej. Nie udało się. Ale wniosek złożyła. Za pośrednictwem Ministerstwa Edukacji.

– Żadna inna rada nie złożyła takiego wniosku – podkreśla dziś Sznerch. – A my już wiemy, jak to się robi.

Sznerch zapowiada, że jego rada będzie nadal starała się o dofinansowanie ze środków unijnych. Jedyny problem jest taki, że rady osiedli nie mają osobowości prawnej i nie mogą samodzielnie starać się o takie pieniądze. Ale Sznerch chce to robić za pośrednictwem organizacji samorządowych. Rada Nadodrza już współpracuje z prounijnym stowarzyszeniem Semper Avanti. – Oni zdobywają środki z UE – tłumaczy Sznerch. – Zrobiliśmy już z nimi festyn europejski i oni na ten cel dostali unijne pieniądze.

Huby polują na sponsora

Zdobywanie środków z zewnątrz to konieczność, jeśli rada osiedla chce być aktywna. Miasto daje radom niewiele: po ok. 20–55 tys. zł rocznie (wyjątek to rada Pilczyce – Kozanów – Popowice Północne; w tym roku dostała ponad 90 tys. zł). Czasem bieda aż piszczy. W radzie osiedla Przedmieście Świdnickie jest jeden telefon. Praktycznie bezużyteczny, bo miasto niedawno ustanowiło miesięczny limit 50 zł na rachunki za rozmowy z tego numeru. Anna Różowiec, która społecznie pracuje w tej radzie, narzeka, że z takim limitem niewiele da się załatwić. Trudniej np. pomóc bezrobotnym w szukaniu pracy – a tym m.in. zajmuje się rada.

Aktywną radę mają Huby. Dzięki niej, pojawiły się tam kamery monitorujące najbardziej niebezpieczne punkty w okolicy. Radni z Hub powołali też – jako pierwsi w Polsce – Straż Obywatelską. – W patrolach chodzi zawsze jeden z radnych, strażnik miejski i jeden z mieszkańców – opowiada Krzysztof Frydryszak, przewodniczący rady osiedla, na co dzień szef prywatnego liceum. W porozumieniu z osiedlami Gaj i Tarnogaj, Huby prowadzą też klub seniora i międzyosiedlowy klub młodzieży. Są tam korepetycje dla dzieci – z matematyki, polskiego i angielskiego. Jest kurs dżudo. Seniorzy mogą w swoim klubie wziąć udział w kursie zdrowego żywienia, uprawy ogródków czy nauczyć się grać w brydża. Raz w miesiącu rada organizuje koncerty kameralne, szczepienia ochronne i zabawy taneczne. Mało tego. Rada współfinansuje kolonie letnie dla dzieci. Kupuje biednym węgiel na zimę. Powiększyła zbiór miejscowej biblioteki o 120 książek. Prowadzi też portal internetowy i gazetkę osiedlową. A jednak od miasta dostaje niewiele ponad 40 tys. zł rocznie. Jak zatem finansuje swoją działalność? Frydryszak: – Chodzimy po firmach i prosimy o dofinansowanie. Są to najczęściej darowizny materialne. Jedna firma da skrzynkę jabłek, inna rowery, piłki, słodycze. Cały czas staramy się też o dofinansowanie z Urzędu Miejskiego, który, jeśli dobrze się postaramy, nigdy nam nie odmawia.

Za komuny było lepiej?

Ale mikre kompetencje rad zniechęcają osiedlowych działaczy. Rozczarowania nie kryje Zbigniew Kogut, przez dwie kadencje (do 2001) szef rady osiedla Przedmieście Świdnickie. – Można powiedzieć, że rady w ogóle nie mają żadnych kompetencji – twierdzi. Dlatego nie wystartował w wyborach już cztery lata temu. Teraz też nie startuje.

Za to z sentymentem wspomina czasy PRL. Przez kilkanaście lat pracował wówczas w Radzie Dzielnicowej Stare Miasto, odpowiadał za kontakty z ówczesnymi komitetami osiedlowymi i blokowymi. – Miały większy wpływ na to, co się działo, niż obecne rady osiedlowe – uważa. I wylicza: – Radni miejscy musieli przychodzić na zebrania osiedlowe i tłumaczyć się ze swoich decyzji. Przewodniczący komitetu osiedlowego mógł formalnie zabrać głos na sesji rady miejskiej. Radni osiedlowi przychodzili na posiedzenia komisji rady miasta.

Trudno dziwić się, że ludzie nie garną się, by startować w wyborach do rad osiedli. W tym roku aż w sześciu osiedlach zgłosiło się mniej kandydatów, niż jest miejsc w radzie. Podobnie było w jednym okręgu wyborczym na Przedmieściu Oławskim i w jednym na Nowym Dworze.

Wszędzie tam kandydaci automatycznie zostali radnymi. Z jednym wyjątkiem. Na Bieńkowicach zgłosiło się tylko dwóch kandydatów na 15 miejsc. Tam wybory zostaną rozpisane raz jeszcze, za pół roku.

Haki na radnego

Ludzi zniechęcają też wewnętrzne problemy niektórych rad. Część z nich wręcz rozpadła się. Tak stało się np. na Przedmieściu Świdnickim. Głośny był też konflikt w radzie Starego Miasta, której przewodniczący – jak skarżą się do dziś tamtejsi radni – zbierał na nich „haki” i pozakładał im „teczki”. Ostry spór trwa na Muchoborze Małym. Mieszkańcy tamtejszych domków jednorodzinnych od paru lat kłócą się o ruch samochodowy z mieszkańcami bloków. W końcu postanowili się oddzielić – i założyć własne osiedle. Zagłosują w tej sprawie w referendum zaplanowanym na 13 marca, jednocześnie z wyborami do rad osiedli.

– Te rady to swego rodzaju szkoła demokracji – uważa Piotr Gaglik.

(Korzystaliśmy z raportu o wrocławskich radach osiedli, wydanego w lutym przez Centrum Profesjonalnej Polityki)
(Łukasz Medeksza, współpraca Barbara Jaworska - "Panorama Dolnośląska" z  03 marca 2005r.)